|   |
Startowa
O mnie
Legendy o kwiatach
Ogrody moich gości
Galeria
Czy wiesz, że...
Kontakt
Newsletter
Podaj swoj e-mail:
|  
|
     Od najdawniejszych czasów uroda kwiatów była inspiracją dla twórców.
Oto kilka najpiękniejszych legend...
     Kwiat paproci
     Róża
     Konwalie I
     Narcyz
     Hiacynt
     Konwalie II
     Lilie
     Przebiśniegi
     Miłek wiosenny
     Cykoria
     Chryzantema
     Fiołek
     Anemon
     Szarotki
     Maki
     Oralia
     Jemioła
     O białej i czerwonej róży lub o złym cierniu
     Niezapominajki
     Bratki
Legendy o kwiecie paproci, zwanym też "Perunowym Kwiatem" (napięcie w przyrodzie podczas burz miało sprzyjać
kwitnieniu tej roślinki) znane są z przeróżnych podań i gdzieniegdzie przetrwały do dziś. Opowiadają o wielu ludziach
którzy błądzili po lasach i mokradłach próbując odnaleźć magiczny, obdarzający bogactwem, siłą i mądrością, widzialny
tylko przez okamgnienie kwiat paproci. W podaniach czeskich i niemieckich znalazca kwiatu paproci powinien szukać
skarbów w ciemnym borze. We francuskich - na najwyższym w okolicy wzgórzu, do którego ma dobiec przyświecając sobie
ognistym kwiatem jak pochodnią. W legendach rosyjskich natomiast po zerwaniu gorejącego kwiatu należy wyrzucić go jak
najwyżej w powietrze i szukać skarbu tam, gdzie spadnie. A zdobycie rośliny nie było łatwe - strzegły jej widzialne
i niewidzialne straszydła, czyniące straszliwy łoskot, gdy tylko ktoś próbował się do perunowego kwiatu zbliżyć...
A oto jedna z wersji:
W jednej z wiosek położonych u stóp Ślęży mieszkał samotnie młody kowal, któremu rodzice dali na imię Sławomir.
Od dziecka ojciec uczył go ciężkiego fachu kowala, a matka karmiła go dobrze wiedząc, że musi on mieć siłę by podołać
kowalskiej robocie. A mimo, że kowalstwo to fach trudny i żmudny to jednak pokochał go Sławomir i w kuźni spędzał
każdą chwilę. Kiedy wieś nawiedziła zaraza rodzice Sławomira zmarli, zostawiając go samego. Prowadził, więc sam kuźnię,
a żal swój po stracie rodziców wyładowywał w pracy. Stukot młota o kowadło słychać było we wsi od świtu do zmroku.
Roboty nigdy mu nie brakowało, a kuźnia stała się całym jego światem. Był on bardzo samotny. Aż razu pewnego
bezdzietni sąsiedzi młodego kowala przygarnęli dziewczynę sierotę. Na imię jej było Ludomira, ale wujostwo wołali do
niej Ludka. Spodobała się ona młodemu kowalowi i często zerkał za nią przyjaźnie. Ludce też nie był on obojętny.
Razu pewnego odwiedził wieś kramarz sukiennik, który płótna piękne, barwione i wstążki sprzedawał. Kram swój rozłożył
nieopodal kuźni, a kiedy handlować przestał z mieszkańcami wsi chętnie rozmawiał. Opowiadał o dziwach, które się w
świecie działy, a ludzie słuchali go radzi. Słuchał go także Sławomir, a najbardziej podobała mu się opowieść o
dziwnym kwiecie, który zakwita w lesie tylko w jedną noc i jest kwiat, który szczęście przynosi temu, kto go znajdzie.
Kiedy już wszyscy się rozeszli, a kramarz zbierał się do odjazdu poprosił go Sławomir by mu o tym kwiecie więcej
opowiedział. Tedy kramarz przysiadł jeszcze na chwilę i to, co o tym dziwnym kwiecie wiedział młodemu kowali przekazał.
Ten dziwny i czarodziejski kwiat zakwita tylko raz w roku, w noc świętojańską, czyli z 23 na 24 czerwca. Zakwita w
najbardziej odległym i dzikim lesie na zboczu pobliskiej góry sobotniej. A kto go znajdzie ten szczęście zdobędzie.
Kramarz odjechał a Sławomir nic tylko o tym kwiecie cudownym myślał i wszystkim o nim opowiadał jak i o tym, że w noc
świętojańską i on swego szczęścia poszuka. O niczym innym nie można z nim było rozmawiać toteż ludzie dotychczas
życzliwi kowalowi unikali z nim wszelkich kontaktów. Nikt już tu nie przystawał by z młodym kowalem pożartować. Nawet
śliczna Ludka ze smutkiem na Sławka spoglądała i żal jej było, że nie jest on już taki jak kiedyś. Ale on tylko jedno
jej w kółko powtarzał; - zobaczysz Ludka jak ja ten kwiat znajdę to i szczęście pod ten dach zawita, a wtedy ja o twą
rękę poproszę. Obietnice te nie cieszyły już Ludki, bo widziała, że opowieści o kwiecie paproci stały się jego obsesją.
Aż przyszła piękna noc świętojańska. Parna, gorąca noc, najkrótsza w roku. Młodzieńcy i panny tańczyli wokół ogniska
nad rzeczką, wianki na wodę puszczali i wróżyli, która to panna najwcześniej za mąż wyjdzie. Była wśród nich i Ludka,
tylko Sławka nikt nie widział. A Sławek tym czasem nie bacząc na nic przedzierał się przez gęsty las na zboczach Ślęży.
Chodził po lesie już kilka godzin, z sił całkiem opadł, ubranie na nim podarte, ręce i twarz gałęziami podrapane, a w
oczach dziwny blask. I kiedy sam już nadzieję trącić zaczął, nagle w skały załomie zobaczył dziwny blask, kiedy
podszedł bliżej ujrzał kwiat błyszczący, promieniejący dziwnym, zimnym blaskiem, kwiat, jakiego nigdy, nigdzie nie
widział, niepodobny do żadnego innego kwiatu. Kiedy dłoń po niego wyciągnął usłyszał dziwny głos, który rzekł:
- Witaj Sławomirze, jeżeli kwiat ten zerwiesz, szczęście zdobędziesz. Pracować nie będziesz musiał a i tak w komorze
worki złotych monet będą stały, a ile wydasz wnet tyle samo w nich przybędzie. Ale pamiętaj, że nikomu kwiatu tego
cudownego pokazać nie będziesz mógł ani bogactwem swym dzielić się z nikim. Jeśli to zrobisz czary działać przestaną.
Zastanów się zanim go zerwiesz.
Zerwał Sławomir kwiat zaczarowany, za pazuchę go schował i w dół zbocza zaczął schodzić. Kiedy do wsi się zbliżał
bojaźliwie rozglądać się wokoło zaczął czy nikt go nie widzi. Wrócił do chaty, kwiat w komorze postawił i mimo, że noc
była ciemna zrobiło się w niej jasno jak za dnia. A w każdym kącie komory stał wielki wór złotych monet. Nabrał
Sławomir pieniędzy do kieszeni, nacieszyć się nimi nie mógł, aż sen go zmorzył i w komorze usnął. Następnego ranka
dzień wstawał piękny, kiedy Sławomir ze snu się obudził zaczął myśleć jak skarb swój i szczęście swoje przed ludźmi
ukryć. Do kuźni pobiegł i tam sztaby i kłódki robić zaczął. Pracował tak do wieczora, a przez pół nocy zamki te na
drzwiach komory przybijał. Noce spędzał w komorze skarbu swego doglądając. W dzień do kuźni nie zaglądał. Palenisko
wygasło, wesołe iskry już tu nie skakały, ustało też dzwonienie młota o kowadło. Zrobiło się tu smutno i cicho. Ludzie
we wsi dziwili się, że Sławka nigdzie nie widać, a jak się gdzieś pokazał to tylko przemykał samotnie z nikim nie
rozmawiając. Raz tylko do kościoła przyszedł, ale gdy kościelny na tacę zbierał odwrócił się kowal od niego i do
kieszeni nie sięgnął. Nie wspomógł także jałmużną żebraka przed kościołem siedzącego. Wszyscy patrzyli zdziwieni, bo
takie zachowanie nie było do niego podobne. Na próżno Ludka wypatrywała Sławka, a nawet jak go gdzieś z daleka
zobaczyła ten oczy od niej odwracał, nie uśmiechał się, nie zagadał. Ludzie po wsi gadać zaczęli, że opętały go złe
moce i tylko jedna Ludka prawdy się domyślała. Ale cóż było robić zajęła się codzienną pracą i tylko wieczorami żal i
tęsknota za młodym kowalem ją nachodziła. Minęło lato i jesień złota, a drzwi kuźni stały zamknięte, czasami tylko
młody kowal na koniu przez wieś przemykał, nikomu się nie kłaniał, ludzi mu życzliwych nie pozdrawiał i z nikim nie
rozmawiał. Podobno jeździł do miasta, w karczmach przesiadywał, a kiedy ktoś się do niego przysiadał i zagadać chciał
jak to przy dzbanie wina tedy wyganiał każdego i sam w kącie siedział. Wychudł, twarz mu się zmieniła, uśmiechu na
niej nikt nie widział tylko ten dziwny błysk w oczach, srebrny i zimny jak kamień. I tylko Ludka pamiętała jeszcze
złote iskry w oczach Sławka i uśmiech na jego twarzy. Przyszła zima, w każdej chacie szykowano się do wigilii, w wielu
chałupach skromnej, ale jakże uroczystej. Już szykowano siano, które w snopkach w kącie izby stawiano, ozdabiano
piękne drzewka, szykowano jadło. Radość i nadzieja gościła w ludzkich sercach. Tylko Sławek był sam. Uprosiła Ludka u
wujostwa by wolno jej było Sławka na wieczerzę wigilijną zaprosić. Widząc smutek w oczach dziewczyny i pomni tradycji,
która nakazuje wędrowca czy samotnego na wigilię poprosić przystali na jej prośbę. Poszła tedy Ludka pod kuźnię i do
drzwi domu Sławka pukać zaczęła. Kiedy ten drzwi uchylił zobaczyła dziwny, zimny blask i chłód poczuła.
- Sławku - rzekła - wujostwo i ja prosimy cię pięknie na wieczerzę wigilijną. Przyjdź do nas, nie siedź tak sam w tę
noc narodzenia Pana. I w oczy jego zimne zajrzała, i ciepłą dłonią jego dłoń schwyciła. Poczuł Sławek to ciepło, o
istnieniu, którego już zdążył zapomnieć i jakaś dziwna tęsknota w sercu jego kiełkować zaczęła. Obiecał Ludce, że na
wieczerzę przyjdzie. I przyszedł. Wszedł smutny do domu wuja Ludomiry, posadzono go za stołem, ugoszczono. Aż stała
się rzecz dziwna. Kiedy przy opłatku wuj Ludki życzył mu zdrowia, miłości i szczęścia z tych dziwnych oczu łzy płynąć
zaczęły. Przypadła Ludka do Sławka i zaczęła go przekonywać, że przecież nie jest on sam, że ludzie we wsi są mu
życzliwi, a jak się dobrze rozejrzy to i może znajdzie wokół siebie dziewczynę, której serce bije do niego bardzo
gorąco.
-Ależ ja jestem szczęśliwy, jestem najszczęśliwszy z was wszystkich - odparł Sławek.
-To, czemu twoje oczy są smutne, czemu twe usta nie wiedzą, co to uśmiech, dlaczegoś ciągle sam? - spytał go wuj Ludki.
-Usiądźmy do stołu, kolędę zaśpiewajmy może serce twe rozgrzeje się trochę.
I zaczęli śpiewać; o stajence, o pasterzach, o gwiazdce i nocy tej piękne. I słuchał Sławek, a wraz z każdym dźwiękiem
wyśpiewanym przez Ludkę oczy jego zmieniać się zaczęły, rumieńców nabierać zaczął.
Wrócił Sławek do swej chaty, wszedł do komory i na kwiat spoglądawszy zapytał;
- Co to za szczęście, którego dzielić z nikim nie mogę - już ja wolałbym suchy chleb jeść i wodą popijać byle bym mógł
w oczy mej Ludki spoglądać, słuchać jej śpiewu i śmiać się razem z nią. Nie chcę ja takiego szczęścia. Pieniądze i
złoto nie dają szczęścia, gdy człowiek nie ma miłości ani szacunku i przyjaźni innych ludzi.
Blask kwiatu paproci przygasać zaczął, a po chwili zgasł całkowicie. Usłyszał tylko Sławek szept, taki sam jak wtedy w
lesie, gdy kwiat znalazł. Głos ten rzekł;
- mądrym jesteś człowiekiem Sławku, ale potrzeba ci było samotności byś miłości, która zaglądała w twe serce nie
przegapił.
     Wraz z kwiatem cudownym znikły wory złota, a Sławek wszedł do kuźni i na palenisku ogień
rozpalił, drzwi szeroko otworzył by ci, którzy z pasterki wracali zagrzać się mogli.
A rankiem do drzwi wujostwa Ludki zastukał, do nóg im padł, podziękował za ratunek i o rękę swej miłej poprosił.
- Jesteś mu rada serdeńko ty nasza? - zapytał wuj, a Ludka oczy spuściła, rumieńcem się okryła i wujowi odparła:
-oj wuju, jak nikomu na świecie!
Wiosną wyprawiono huczne wesele, kuźnia już zawsze rozbrzmiewała śmiechem i dzwonieniem młotów, a z czasem przybyło kowalowi trzech pomocników podobnych do niego kubek w kubek. A nad wrotami kuźni zawisło wykute w żelazie serce, w środku, którego kwiat wyjątkowo piękny, dziwny jakiś, niepodobny do innych był umieszczony.
Przypominał on kowalowi Sławomirowi, że szczęście rodzi się z miłości, a nie zimnego złota.
Siedem tysięcy odmian i tyleż odcieni barw! Aksamitne i jedwabiste, pełne światła i z zalegającym w szczelinach między
płatkami cieniem, śnieżnobiałe, kremowe, żółte, purpurowe, pąsowe, bordo, jasnoczerwone, czarne, lila... Wszystkie
one są piękne i podziwiane od tysięcy lat. Najstarsze wierzenia związane z tymi kwiatami powstały na obszarze
dzisiejszej Indii. Pierwszy pąk róży, jaki zjawił się z woli bogów wśród śmiertelników, służył bogini Lakszmi,
patronce dziewcząt i zakochanych, za pojazd w czasie wędrówki. Otulona jego płatkami spłynęła z nieba na ziemię. Z
Indii kult i hodowla róż przeszły do Persji. Tu wierzono, że róże są darem samego Allacha, który stworzył je z myślą
powierzenia im władzy nad wszystkimi kwiatami. Persowie zachwyceni różami ustanowili ich święto. Tego dnia
obdarowywali wszystkich całymi koszami tych kwiatów, których im nie brakowało, gdyż całą Persję można było nazwać
jednym wielkim rosarium. Tam także istniał zwyczaj zakopywania w ogrodzie słoików napełnionych pączkami róż. Przy
specjalnych okazjach wykopywano je i używano do potraw - wtedy róże naraz rozkwitały na talerzach. Z Persji
zawędrowały te piękne rośliny do Turcji, gdzie wierzono, że kwiat pierwszej róży na ziemi powstał z kropli potu
Mahometa, podczas pierwszej wędrówki Proroka z nieba na ziemię. Kiedy róże dotarły do Grecji, urzeczeni ich pięknem
Grecy byli przekonani, że kwiat róży powstał z piany osiadłej na boskim ramieniu Afrodyty, gdy ta wynurzając się z
toni morskich przypływała do brzegu. Natomiast grecki poeta bukoliczny Bion podawał, iż róże powstały z łez, które
Afrodyta wylała przy rannym Adonisie - Na początku róża była biała, ale gdy Afrodyta biegła na pomoc swemu rannemu
przyjacielowi, skaleczyła się w stopę cierniem i kolor jej krwi zabarwił kwiaty - tak powstały pierwsze czerwone róże.
Dawno, dawno temu, w lesie tonącym w kwiatach konwalii, zabłądził ubogi lecz przecudnej urody młodzieniec. Zachwycił
się czarem konwaliowych kobierców, ale serce pękało mu z bólu, bo odtrąciła go ukochana dziewczyna. Wyjął więc
wierzbową fujarkę i... popłynęła smutna melodia o nieszczęśliwej miłości. I wtedy stal się prawdziwy cud. Ze śnieżnych
konwaliowych dzwonków wyfrunęły maleńkie konwaliowe duszki. Śliczne te panienki zaczęły zwinnie wywijać w takt rzewnej
muzyki. I były takie szczęśliwe, i takie wdzięczne grającemu młodzieńcowi. Tańczyły i tańczyły...., a muzyk grał i grał...
aż zapadł w końcu zmierzch. Muzyka powoli cichła, bo grajek odurzony mocnym zapachem konwalii powoli osunął się na
ziemię i zasnął.
Obudził się następnego dnia rześki i pełen radości, a kiedy sięgnął po swoja fujarkę - zamarł ze zdziwienia. Obok
niego leżała bowiem nie jego drewniana, lecz całkiem inna, cała ze srebra. Nieśmiało przyłożył ja do ust i
...popłynęła melodia tak piękna , tak słodka i tak odurzająca jak zapach konwalii.
I kiedy tak grał namiętnie usłyszał nagle tupot tańczących maleńkich stopek. Wypatrywał pilnie wśród bujnej zieleni,
bo przecież wiedział kto tańczy. Na próżno. Nic nie zobaczył oprócz konwaliowych dzwonków. Zrozumiał. Więc zagrał
jeszcze raz. Na pożegnanie. I poszedł w świat, jak to w baśniach bywa. Swoją cudowną muzyką leczył nieszczęśliwe serca
i zranione ludzkie dusze. Ale każdego roku wracał do tego lasu. Siadał wśród kwiatów konwalii i grał, grał,
grał...dziękując duszkom za podarunek. Czasem zdawało mu się, że znowu słyszy tupot tańczących duszków, ale to tylko
wiatr trącał konwaliowe dzwonki w takt płynącej muzyki.
Narcyz czyli Narkissos, syn boga rzeki Kefisos (Beocja) i nimfy Liriope, był młodzieńcem niezwykłej urody. Kochały się
w nim wszystkie nimfy, lecz on myślał tylko o łowach, a o miłości nie chciał słyszeć. Najnieszczęśliwsza z tego powodu
była nimfa Echo, która kochała go najbardziej. Nie chciał odwzajemnić jej uczuć wobec czego Nemezis ukarała go
miłością do własnego odbicia w tafli wody. Gdy pewnego razu Narcyz zatrzymał się nad strumieniem, aby odpocząć, ujrzał
w wodzie swoje odbicie i zakochał się w sobie. Narcyz zapomniał o całym otaczającym go świecie, nie obchodziły go łowy
ani towarzysze, tylko całymi dniami wpatrywał się w swoje odbicie w tafli strumienia. W końcu umarł z tęsknoty i
miłości do samego siebie. Po śmierci został zamieniony w kwiat nazwany jego imieniem.
Narcyz uznany został kwiatem zdradzieckim, poświeconym bogom podziemia.
Według mitologii greckiej Apollo darzył niezwykle silnym uczuciem Hiacynta, urodziwego, młodego atletę. Niestety
zakochał się w nim także zachodni wiatr - Zefir, lecz jego uczucie nie zostało odwzajemnione. Pewnego dnia Zefir w
przypływie zazdrości zdmuchnął w stronę Hiacynta dysk, którym rzucali kochankowie i zranił go śmiertelnie. Zrozpaczony
Apollo przemienił krew ukochanego w wonny kwiat, zdobiący od tego czasu lasy i ogrody.
Dawno temu w lesie św. Leonarda w Sussex mieszkał potworny smok. Nawiedzał on regularnie pobliskie miejscowości,
porywał dziewice i czynił wielkie spustoszenie. Jednakże mieszkańcy Sussex mieli obrońcę - św. Leonarda, kowala, który
mieszkał w lesie. Przez lata w okolicy słychać było wycie smoka i brzęk stali, kiedy walczyli ze sobą na polanie. W
końcu bestia została pokonana i święty ukazał się w chwale. Od tego czasu nikogo nie ugryzła w lesie żmija, żaden
słowik nie zaśpiewał, by nie zakłócić snu świętemu, a jeżeli na ziemię spadły krople krwi dobrego człowieka, wyrastały
w tym miejscu konwalie i rosną tam do dnia dzisiejszego.
Kiedy na tronie zasiadł król Chlodwig (481 rok), zastanawiano się, co uczynić herbem króla. W końcu postanowiono, że
będą to trzy czarne ropuchy. Stała się wtedy jednak przedziwna rzecz - mieszkającego w Joyeen-Val pustelnika pewnej
nocy odwiedził anioł. Podarował on pustelnikowi tarczę, ozdobioną trzema złotymi liliami i rozkazał , by ten oddał ją
żonie króla, Klotyldzie. Od tej pory lilia stała się herbem królewskim. Później, w czasach drugiej wyprawy krzyżowej,
lilia znalazła się na chorągwiach wojsk Ludwika VII. Godło to zaczęto określać mianem Fleur de Louis (Kwiat Ludwika),
co szybko przekształciło się w fleur-de-lys - dzisiejszą francuską nazwę lilii burbońskiej.
Kiedy Ewa została wygnana z raju, stała w swoim zimowym ogrodzie i rozpłakała się nad kwiatami, które znikły.
Przechodził obok anioł i usłyszał płacz Ewy. Zrobiło mu się żal płaczącej kobiety - złapał opadający płatek śniegu,
dmuchnął na niego i zamienił w przebiśnieg. Dając go Ewie powiedział:
     "Jest to dla ciebie zapowiedź, że wiosna i lato wkrótce nadejdą. Jest to obietnica, że
przebiśnieg będzie pojawiał się co roku."
Od tamtej pory ilekroć zakwitają przebiśniegi, jest to znak, że wkrótce pojawi się wiosna.
Według syryjskiego mitu, Adonis był niechcianym dzieckiem. Przygarnęła go i wychowała piękna bogini Afrodyta.
Adonis wyrósł na bardzo urodziwego młodzieńca. Zazdrosna o jego względy Artemida, namówiła przeciwko niemu dzika,
który zranił go śmiertelnie. Z kropel krwi powstały czerwone róże, zawilce i miłek - Adonis vernalis.
Według ludowej angielskiej opowieści, dawno, dawno temu dwójka zakochanych żegnała się na drodze: on wyruszał w świat,
by zarobić na ich wspólny dom, ona zostawała we wsi. Obiecał, że wróci najpóźniej za rok i jeden dzień. Dziewczyna
wychodziła codziennie na drogę, na której widzieli się ostatni raz i wypatrywała ukochanego, który - kto wie - może
wróci wcześniej. Obok drogi rosłą sobie cykoria, która w tamtych czasach miała jeszcze zupełnie białe kwiaty i ze
współczuciem słuchała, jak ta miła dziewczyna wzdycha, a czasem popłakuje z tęsknoty za ukochanym. Dni mijały, i w
końcu wyznaczony termin minął. Dziewczyna czekała na drodze cały dzień, ale nikt się nie zjawił. Z początku stała przy
drodze, a potem zmęczona upałem przysiadła przy kwitnącej cykorii. Kiedy słońce zaszło, dziewczyna zapłakała, a jej
łzy spadały na cykorię. Wiele dni jeszcze dziewczyna wychodziła na drogę i wypatrywała znajomej sylwetki najpierw z
nadzieją, a potem z rozpaczą, wiele łez przelała i wiele ich spadło na kwiaty cykorii. Chłopak nie wrócił i nikt nie
wiedział, dlaczego. Dziewczyna wystawała przy drodze i wypatrywała ukochanego, i wypytywała nieznajomych, czy nie
widzieli jej narzeczonego. Aż pewnego dnia jeden z ludzi idących z dalekiego miasta powiedział dziewczynie, że jej
ukochany nie żyje. Upadła na kolana i zaczęła szlochać tak bardzo, że pękło jej serce. Pochowano nieszczęśliwą na
małym cmentarzyku i nikt już nie pamięta jej imienia, ale cierpienia dziewczyny nie poszły na marne: łzy zabarwiły
kwiaty cykorii na niebiesko. Od tej pory też cykoria pleni się wzdłuż dróg, by przypominać podróżnym o tych, co
zostali w domu. Pomaga też na dolegliwości serca...
Chryzantemy zawsze były symbolem wiecznej młodości. W Chinach, starożytnej ojczyźnie chryzantem przez wieki narosło
wiele legend. Według jednej z nich istniał magiczny kwiat, który rósł wyłącznie na Wyspie Ważki i mógł być znaleziony
jedynie przez młodych ludzi. Pewnego razu grupa młodych badaczy, która ośmieliła się stawić czoła niebezpieczeństwom
oceanu i dotrzeć do wyspy znalazła tylko jeden kwiat, a była to chryzantema. Natomiast według japońskiej legendy
złocista chryzantema została stworzona z naszyjnika Boga. Przez dziesięć stuleci symbolem cesarskim była
szesnastopłatkowa chryzantema, natomiast czerwone koło na fladze japońskiej symbolizuje chryzantemę, z której usunięto
zewnętrzne płatki.
Kiedy Bóg wygnał z raju Adama i Ewę, wyruszyli oni w świat. Szedł Adam z towarzyszką swoją, stąpając po bryłach
czarnej ziemi. Szli ciągle a Adam szlochał jak dziecko, szli w dal - Adam płakał bez końca, rosząc ziemię swymi łzami.
Wokół zaległa cisza. Zroszona łzami ziemia posmutniała... Drgnęła w swych posadach i zrodziła z łez listki a w nich
kwiat maleńki, smutny i rzewny. Wyrosły te kwiaty miłe i cudowne, jakby w nich wszystkie bóle i smutki zamieszkały. Te
kwiaty baśniowe to łzy Adama. Rosną wciąż na ziemi - ciche i smutne, a ludzie nazwali je fiołkami...
Wielką miłościa darzyła Wenus cudnego młodzieńca, młodego królewicza - Adonisa. Pewnego razu spotkali się na polanie
i poszli ścieżyną wśród kwiatów polnych, kwitnących krzewów, zbóż szumiących, a cała przyroda kłaniała się pięknej
parze. Zaszli wreszcie do lasu. Adonis zdjął łuk ze swego ramienia i począł szukać zwierzyny. Wenus odradzała mu
polowanie, mając jakieś dziwne i smutne przeczucie. Jednak Adonis nie słuchał jej - wciąż strzelał do zwierza i wciąż
chybiał. W pewnym momencie z lasu wypadł potężny dzik. Adonis napiął łuk i strzelił - niestety strzała tylko zraniła
dzika. Skrwawiony dzik błyskawicznie rzucił się z wściekłością na Adonisa. W bestialskim szale porwał go na kły i
rozszarpał na części. Zrozpaczona Wenus tuląc do serca martwe ciało młodzieńca, wyszeptała tkliwie: - Stań się
kwiatem - kochanku mój....
Z chwilą, gdy boskie jej usta wymówiły te słowa, ciało Adonisa zamieniło się w piękny kwiat anemonu. Wenus nie
zapomniała nigdy o kwiecie, swym zmarłym kochanku, wciąż go tuli i kocha i pieści... Nikt z nas nie widzi, kiedy
Wenus schodzi na ziemię, nikt nie słyszy co szeptają - boska Wenus i kwiat anemonu...
Dawno temu migające na niebie gwiazdy zastanawiały się, o czym też mogą dumać potężne olbrzymy gór niczym zaklęte
klasztorne mnichy? Co mówią i szemrzą srebrne warkocze rzek i spienione morze? O czym szepczą dumne dęby i wysmukłe
świerki? O czym śpiewa ptaszek wśród kłosów pełnych zbóż, wśród łanów? -To słowicza pieśń nocy- powiedziała jedna.
-Jak tam cudnie, siostro - powiedziała druga
-Jak marzycielsko na tej ziemi - powiedziała trzecia
-Chodźmy! Lećmy tam na roztęczonych swych skrzydłach!
-Lećmy!
Frunęły... Zleciały cichutko na nasza ziemię i wsłuchały się w cudną pieśń słowika - była to pełna goryczy, smutna
pieśń o niedoli ludzkiej. Ptaszę leciało przez pola i łąki i szczebiotało cichutko swą łzawą melodię a zasłuchane
gwiazdy wciąż szły za nim. A gdy skończył swą pieśń, ocknęły się z zadumania i chciały wzlecieć w niebiosa - lecz nie
mogły... Chciały frunąć w górę, lecz sił nie starczyło. I poszły gwiazdy daleko, szły po łakach, pastwiskach, biegły
przez lasy, góry...Nie mógł nikt zobaczyć iskrzących gwiazd na ziemi a wkrótce miał nadejść świt. Przystanęły
gwiazdy, kryjąc się w górach i nad urwiskami skał. I wstało słońce a gwiazdy zmęczone usnęły. Śniły długo dumając o
ludzkiej nędzy, o pieśni słowika - a kiedy zbudzone zobaczyły, że wciąż są na ziemi - nie chciały już wracać w
niebiosa, postanowiły pozostać, by tutaj dzielić dolę i niedolę z mieszkańcami ziemi. Słuchały poszumów wichrów
i skarg podniebnych, wsłuchiwały się w dźwięk ptactwa i rozmowy drzew, słuchały i milczały. Z czasem ich twarze i
ciała okryły się puchem. Z gwiazd - powstały kwiaty. Otulone szarym puchem, niewinne, cudne szarotki zdobią do dziś
góry i śnią o szczęściu ludzi i całej natury...
...Nad biedną, ubogą mieściną zapłonęły miliardy gwiazd. Było cicho, tak cicho, że nawet drżenie muszki byłoby
słychać, na ziemi zamilkło wszystko w oczekiwaniu. A z dala od miasta, w maleńkiej nędznej szopie przyszło na świat
Boże dziecię. Choć tak maleńkie i złożone w żłobie, cześć Mu oddają i prostacy i królowie. Szybko rozeszła się wieść
o tym cudzie. Zląkł się Herod i wpadł w szał wściekłości - rozkazał żołdakom by zamordować dziecię. Powrócili jednak
z niczem, choć szukali wszędzie. Gdy wieść o okrutnym zamiarze Heroda dotarła do Marii, owinęła w chustę dzieciątko
i szybko umknęła z miasta. Szła z dzieciątkiem na ręku nie spoczywając nigdzie, bosa i zmęczona a z nabrzmiałych
Jej nóg, popękanej skóry, krew sączyła się zwolna i broczyła wciąż łąki , śladami krwi niewinnej znacząc drogę. Po
długim pochodzie dotarli wreszcie do Egiptu, gdzie dziecię było już bezpieczne. I wtedy stała się rzecz dziwna -z
kropel krwi powstaja listki, rozwijają się, rosną coraz wyżej, aż pąk z nich wytryska - rozwijają się listki w
szkarłatnej sukience... Kwiat jeden, drugi, setki i tysiące... odbijają się czerwienią pomiędzy ziołami, trawami i
zbożem - i choć wspaniałe i piękne, jakiś smutek w nich płonie...
Na podstawie źródeł arabskich, starogreckich i chrześcijańskich.   |
  Według meksykańskiej legendy w samym centrum miasta Zacatecas, na przeciw byłego klasztoru San Agustín
znajduje się plac, a na nim – sporych rozmiarów drzewo określane jako drzewo miłości.
W okolicach roku 1850, w jednym z kolonialnych domów, które otaczają plac po dziś dzień, mieszkała Oralia – piękna,
młoda dziewczyna, której imię dało początek późniejszej nazwie wspomnianego drzewa. Oralia dzieliła swe serce między
dwojgiem mężczyzn: francuskim malarzem - Philippem Rondé, mężczyzną wykształconym, przystojnym, grzecznym i pełnym
dobrych manier oraz ubogim, ale niezwykle dobrym (jak zawsze w takich historiach) górnikiem – Juanem, który marzył
o znalezieniu błyszczącej, srebrnej żyły w kopalni, którą ofiarować mógłby swojej ukochanej.
Popołudniami Juan prowadząc swojego osła, przynosił Oralii wodę, którą ona z wielkim zapałem i poświęceniem podlewała
rosnące na placu drzwo. Jednak Oralia siadała w cieniu drzewa nie tylko w obecności Juana. To samo robiła z Philippem,
który z kolei opowiadał jej o swoim dalekim kraju. Juan cierpiał w ukryciu, ale zdawał sobie sprawę, że przeszkodą w
jego uczuciu są różnice społeczne. Dlatego właśnie pracował bardzo ciężko w opuszczonych kopalniach, starając się za
wszelką cenę znaleźć wielki skarb.
Pewnego dnia jednak Oralia zmęczyła się taką sytuacją i podwójną miłością. Zaczęła porównywać obydwóch mężczyzn, z
których każdy reprezentował dla niej odmienny świat i postanowiła wybrać jednego z nich. Usiadła sobie sama pod
drzewem i zapłakała, nie wiedząc, co robić. Wówczas drzewo również zaczęło płakać, a jego łzy w kontakcie z rękoma
Oralii zamieniły się w naręcza białych kwiatów. Dziewczyna odzyskała spokój i podjęła decyzję, iż mężczyzną jej życia
będzie definitywnie ubogi górnik Juan.
Następnego dnia Francuz przybył do domu Oralii z niespodziewaną wiadomością. Musiał wrócić do swojego kraju. Oralia,
bardzo spokojna, zrozumiała natchmiast, że podjęła słuszną decyzję.
W tym samym czasie w głębokiej kopalni Juan zauważył dziwny błysk. Była to jakże poszukiwana przez niego żyła srebra.
Kiedy tylko dobiegł na plac, aby opowiedzieć swej ukochanej o tym, co mu się przydarzyło, po raz drugi z drzewa spadać
zaczęły w ogromnych ilościach białe kwiaty. Od tego momentu meksykańscy zakochani uważają, że ukrycie się w cieniu
drzewa miłości przynosi im szczęście.
Źródło: Strona internetowa Pani Ewy Kulak    http://www.kolumbijsko.com/kolumbia/legendy    |
Balder, bóg słońca i syn bogini miłości Frygii, miał sen, w którym ujrzał swą śmierć. Frygia wyruszyła w świat,
prosząc rośliny i zwierzęta aby nie skrzywdziły jej syna. Oznaczałoby to koniec życia na ziemi. Bogini przeoczyła
jemiołę, którą wykorzystał bóg zła- Loki, który pewnego razu wpadł na szatański pomysł. Zrobił strzałę z gałązki
jemioły i zabił z łuku boga słońca. Wszyscy płakali po nim, ale najbardziej piękna Frygia a jej łzy jak perły
zamieniły się w białe jagody jemioły.
Przez trzy dni starała się przywrócić syna do życia. Gdy się jej to udało, z radości całowała każdego, kto przeszedł
pod jemiołą. Od tamtej pory, kto stanął pod jemiołą, był bezpieczny - złe czarownice i duchy traciły swą moc.
A dzisiaj ?..wieszamy ją w naszych domach podczas Świąt Bożego Narodzenia i jeżeli przypadkiem (lub specjalnie)
znajdziemy się pod nią... możemy liczyć na pocałunek... Jemioła uważana jest za symbol miłości i pojednania.
Przed wielu… wielu laty na Krymie, w stolicy Chanów, w Bachczysaraju mieszkał sławny młody Babakaj… Babakaj był tak
sławny, jak młody i piękny… Nie sława jednak, piękność i młodość były skarbem Babakaja… Bijana, cudnej urody. Bijana
była tym skarbem i rycerz Babakaj był skarbem najdroższym Bijany. Szczęście słało się do stóp Babakaja i Bijany, jak
wonne płatki białe kwiatu migdałowego, spadające na głowy ich, ku sobie pochylone, na ręce ich splecione… pod stopy
ich…
Wielce, wielce szczęśliwi byli Babakaj i Bijana… I zapomnieli, że są na ziemi, gdzie nic trwałego nie ma…
Zagrały surmy bojowe… Z rozdartym sercem żegnał rycerz Babakaj Bijanę najdroższą na znak wiecznej miłości pierścień
swój na rękę jej kładąc… Głuchym jękiem odbił się stuk kopyt końskich o drogę kamienną w sercu Bijany… sama została…
Nie sama, albowiem tęsknotę rozłąki starała się słodzić piękna przyjaciółka - Arzu, również płomiennie Babakaja
miłująca: to tańcem, to śpiewem, to pięknymi baśniami…. Gdy jednak widziała, że ni czas, ni rozłąka, ni tańce a śpiewy,
a baśnie cudowne, nie chłodzą miłości pięknej Bijany, postanowiła ją zgładzić, by w sercu Babakaja zagościć…
I żrąca jak żądło żmii trucizna przegryzła nić życia Bijany…
Już kwietne kobierce pokryły mogiłę Bijany, już cudne róże białe smutnie chyliły swe czoła wonne nad biedną Bijaną,
gdy z wojny powrócił Babakaj…
Spotyka go piękna Arzu, na własny jego pierścień wskazująca na ręku jej świecący i rzecze: "Bijana ze świata tego
odchodząc, tak Cię mi kazała miłować, jak sama Cię miłowała"… Nie słucha rycerz Babakaj zdradnych słów Arzu, piersią
bohaterską na drogą mogiłę upada, długie, długie godziny z niej się nie rusza, aż i na wieki tam zostaje z piersią
własną ręką przebitą…
I nowa nadeszła wiosna, i na mogile Bijany obok róż białych, róże szkarłatne zakwitły, tęsknie swe płatki krwawe ku
śnieżnym płatkom prężące. Wiatr dobroczynny nachyla ku sobie tęskne białe i szkarłatne kwiaty na jednej mogile
wyrosłe…Ujrzała je zła Arzu… "Na nic ma zbrodnia, na nic męki moje… nie chcę żyć więcej" i nóż ostry swej niewolnicy
podaje… I z piersią przebitą pada straszna Arzu pomiędzy białe i krwawe róże…
I znowu przyszła wiosna, i znowu szmaragdowy kobierzec otulił kochanków mogiłę, i znów wyrosły białe i krwawe róże,
a pomiędzy niemi - cierń, zły cierń kolący… jak złą była Arzu na ziemi…
Jako kwiatki z bajki, niezapominajki muszą mieć swoją legendę. Według niej Bóg, nazywając poszczególne rośliny,
zapomniał o małym niebieskim kwiatku. I kwiatek zapytał: Panie Boże, a jak się będę ja nazywał? I wtedy Pan Bóg
odpowiedział: Ty zostań Niezapominajką.
To dlatego często dawany jest osobom, na których pamięci nam zależy, głównie przez zakochanych. "Nie zapomnij o mnie"
miały mówić bukiety niezapominajek wręczane przez panny narzeczonym wybierającym się w długą podróż. W języku kwiatów
niebieski kolor oznacza bowiem wzniosłe uczucia i życzenia.
Inna legenda o powiada o rycerzu, przechadzającym się ze swoją ukochaną nad brzegiem Tamizy w pełnym uzbrojeniu.
W pewnym momencie, zrywając niezapominajki z intencją ofiarowania ich swojej dziewczynie, rycerz wpada do wody.
W ostatnim momencie przed utonięciem udaje mu się krzyknąć "Nie zapomnij mnie".
Piękna religijna opowiastka zaś mówi o młodziutkim Jezusie, który siedząc na kolanach Matki Bożej, zapragnął, by
wszystkie pokolenia pamiętały o najbliższej jemu sercu osobie. O matce. Dotykając oczu Maryi, pomachał swą drugą
rączką nad łąką. Wtedy pojawiły się na niej tysiące niezapominajek.
Jeszcze inna opowiada o starcu, który przyglądał się niezapominajce. Zawstydzony kwiat zapytał: "Dlaczego tak na mnie
patrzysz? Jestem przecież malutka i nic nie znaczę w porównaniu z innymi kwiatami! Starzec na to: "Znam się na urodzie.
W tobie widzę prostotę, delikatność, naturalność, świeżość". Niezapominajka uradowała się: "Dopiero ty zwróciłeś mi na
to uwagę. Od tej chwili przestaję uważać się za nijaką. Czuję się piękna i podziwiana, ponieważ taką jestem w twoich
oczach".
Według Paraboles du Bonheur   
Jeana Vernette'a i Claire Moncelon    |
Dawno temu, kiedy nie było jeszcze wielkich miast , kiedy ziemię pokrywały lasy i łąki, w ponurym zamczysku mieszkał
dziedzic z synem. Zły to był człowiek. Polował na zwierzynę w lasach nie z braku jedzenia, tylko z przyjemności a i na
ludzi napadał też. Mówią, że hersztem bandy jakowejś był. Nocą się zjeżdżali podobni jemu zbóje, bawili się głośno, pili
i skarby złupione liczyli. Syn dziedzica był inny, delikatny, spokojny i cichy. Z książką się włóczył po łąkach,
ptaszków słuchał i kwiaty oglądał. Niewydarzony taki. Nie lubił go ojciec, oj nie. Był w zamku bratanek dziedzica i ten
się panu złemu podobał. Z przyjemnością zabijał zwierzęta, dręczył wszystkich dookoła. Taki sam zły był jak jego wuj.
Śmiali się oba z Bratka bo tak nazywał się syn dziedzicowy i dokuczali mu jak mogli. Ciężko się żyło wieśniakom pod
rządami pana. I niewiele dawało, że Bratek ludzi pocieszał, czasami i woreczek dukatów rzucił. Ludzie płakali, zęby
zaciskali i skarżyli się dobrym leśnym bogom. I trwało by tak niezmiennie, gdyby nie burza, która przyszła tego
sądnego dnia i wszystko się zmieniło. Dnia tego wuj z bratankiem pijani wjechali do wsi, zabijali ze śmiechem chłopską
trzodę. Podpalili stogi na polu. Wieśniakom zagroził głód. Siwowłosy starzec przypadł do nóg konia dziedzicowego...
zmiłuj się Panie, toż my z głodu zginiemy... ale dziedzic roześmiał się złośliwie i uderzył z całej siły batem
wieśniaka. Potem podpalił jego ubogą chałupę. Wtem nadbiegł Bratek. Ojcze dlaczego jesteś nieludzki?! - zawołał, ale
ojciec staranował biednego chłopca i pogalopował dalej. Bratek upadł i nie podniósł się więcej. Wtem zagrzmiało w
oddali, zerwał się wicher, ciemno się zrobiło jak w nocy. Pioruny biły raz za razem w zamczysko. Ludzie przytuleni do
siebie patrzyli ze strachem na nawałnicę. Najstarsi mieszkańcy nie pamiętali takiego szaleństwa natury. Kiedy burza
ucichła i słońce wyjrzało nieśmiało za chmur... nie było już zamku, ani złego dziedzica z bratankiem. Zapadli się pod
ziemię, tylko konie samotnie stały pod lasem. Chłopi ustawili w tym miejscu kapliczkę i pochowali biednego Bratka obok.
A na drugi dzień ze zdumieniem ujrzeli całą polanę i świeżą mogiłę porośniętą cudnymi kolorowymi, delikatnymi jak
skrzydło motyla, pachnącymi kwiateczkami, które bratkami nazwali.
|
  |