Sondy

Jak oceniasz nowy wygląd serwisu?
 

Newsletter

Odbieranie
Naszą witrynę przegląda teraz 7 gości 
W cieniu brzóz... Legendy o kwiatach
Legendy o kwiatach PDF Drukuj Email

Od najdawniejszych czasów uroda kwiatów była inspiracją dla twórców. Oto kilka najpiękniejszych legend...

 

Kwiat paproci
Róża

Konwalie I

Narcyz

Hiacynt

Konwalie II

Lilie

Przebiśniegi

Miłek wiosenny

Cykoria

Chryzantema

Fiołek

Anemon

Szarotki

Maki

Oralia

Jemioła

O białej i czerwonej róży lub o złym cierniu

Niezapominajki

Bratki

Stokrotka

Cis i jałowiec

Wiciokrzew

Mikołajek nadmorski

Ziele życia


Kwiat paproci Powrót



Legendy o kwiecie paproci, zwanym też "Perunowym Kwiatem" (napięcie w przyrodzie podczas burz miało sprzyjać kwitnieniu tej roślinki) znane są z przeróżnych podań i gdzieniegdzie przetrwały do dziś. Opowiadają o wielu ludziach którzy błądzili po lasach i mokradłach próbując odnaleźć magiczny, obdarzający bogactwem, siłą i mądrością, widzialny tylko przez okamgnienie kwiat paproci. W podaniach czeskich i niemieckich znalazca kwiatu paproci powinien szukać skarbów w ciemnym borze. We francuskich - na najwyższym w okolicy wzgórzu, do którego ma dobiec przyświecając sobie ognistym kwiatem jak pochodnią. W legendach rosyjskich natomiast po zerwaniu gorejącego kwiatu należy wyrzucić go jak najwyżej w powietrze i szukać skarbu tam, gdzie spadnie. A zdobycie rośliny nie było łatwe - strzegły jej widzialne i niewidzialne straszydła, czyniące straszliwy łoskot, gdy tylko ktoś próbował się do perunowego kwiatu zbliżyć...
A oto jedna z wersji:

W jednej z wiosek położonych u stóp Ślęży mieszkał samotnie młody kowal, któremu rodzice dali na imię Sławomir. Od dziecka ojciec uczył go ciężkiego fachu kowala, a matka karmiła go dobrze wiedząc, że musi on mieć siłę by podołać kowalskiej robocie. A mimo, że kowalstwo to fach trudny i żmudny to jednak pokochał go Sławomir i w kuźni spędzał każdą chwilę. Kiedy wieś nawiedziła zaraza rodzice Sławomira zmarli, zostawiając go samego. Prowadził, więc sam kuźnię, a żal swój po stracie rodziców wyładowywał w pracy. Stukot młota o kowadło słychać było we wsi od świtu do zmroku. Roboty nigdy mu nie brakowało, a kuźnia stała się całym jego światem. Był on bardzo samotny. Aż razu pewnego bezdzietni sąsiedzi młodego kowala przygarnęli dziewczynę sierotę. Na imię jej było Ludomira, ale wujostwo wołali do niej Ludka. Spodobała się ona młodemu kowalowi i często zerkał za nią przyjaźnie. Ludce też nie był on obojętny. Razu pewnego odwiedził wieś kramarz sukiennik, który płótna piękne, barwione i wstążki sprzedawał. Kram swój rozłożył nieopodal kuźni, a kiedy handlować przestał z mieszkańcami wsi chętnie rozmawiał. Opowiadał o dziwach, które się w świecie działy, a ludzie słuchali go radzi. Słuchał go także Sławomir, a najbardziej podobała mu się opowieść o dziwnym kwiecie, który zakwita w lesie tylko w jedną noc i jest kwiat, który szczęście przynosi temu, kto go znajdzie. Kiedy już wszyscy się rozeszli, a kramarz zbierał się do odjazdu poprosił go Sławomir by mu o tym kwiecie więcej opowiedział. Tedy kramarz przysiadł jeszcze na chwilę i to, co o tym dziwnym kwiecie wiedział młodemu kowali przekazał. Ten dziwny i czarodziejski kwiat zakwita tylko raz w roku, w noc świętojańską, czyli z 23 na 24 czerwca. Zakwita w najbardziej odległym i dzikim lesie na zboczu pobliskiej góry sobotniej. A kto go znajdzie ten szczęście zdobędzie. Kramarz odjechał a Sławomir nic tylko o tym kwiecie cudownym myślał i wszystkim o nim opowiadał jak i o tym, że w noc świętojańską i on swego szczęścia poszuka. O niczym innym nie można z nim było rozmawiać toteż ludzie dotychczas życzliwi kowalowi unikali z nim wszelkich kontaktów. Nikt już tu nie przystawał by z młodym kowalem pożartować. Nawet śliczna Ludka ze smutkiem na Sławka spoglądała i żal jej było, że nie jest on już taki jak kiedyś. Ale on tylko jedno jej w kółko powtarzał; - zobaczysz Ludka jak ja ten kwiat znajdę to i szczęście pod ten dach zawita, a wtedy ja o twą rękę poproszę. Obietnice te nie cieszyły już Ludki, bo widziała, że opowieści o kwiecie paproci stały się jego obsesją. Aż przyszła piękna noc świętojańska. Parna, gorąca noc, najkrótsza w roku. Młodzieńcy i panny tańczyli wokół ogniska nad rzeczką, wianki na wodę puszczali i wróżyli, która to panna najwcześniej za mąż wyjdzie. Była wśród nich i Ludka, tylko Sławka nikt nie widział. A Sławek tym czasem nie bacząc na nic przedzierał się przez gęsty las na zboczach Ślęży. Chodził po lesie już kilka godzin, z sił całkiem opadł, ubranie na nim podarte, ręce i twarz gałęziami podrapane, a w oczach dziwny blask. I kiedy sam już nadzieję trącić zaczął, nagle w skały załomie zobaczył dziwny blask, kiedy podszedł bliżej ujrzał kwiat błyszczący, promieniejący dziwnym, zimnym blaskiem, kwiat, jakiego nigdy, nigdzie nie widział, niepodobny do żadnego innego kwiatu. Kiedy dłoń po niego wyciągnął usłyszał dziwny głos, który rzekł:
- Witaj Sławomirze, jeżeli kwiat ten zerwiesz, szczęście zdobędziesz. Pracować nie będziesz musiał a i tak w komorze worki złotych monet będą stały, a ile wydasz wnet tyle samo w nich przybędzie. Ale pamiętaj, że nikomu kwiatu tego cudownego pokazać nie będziesz mógł ani bogactwem swym dzielić się z nikim. Jeśli to zrobisz czary działać przestaną. Zastanów się zanim go zerwiesz.
Zerwał Sławomir kwiat zaczarowany, za pazuchę go schował i w dół zbocza zaczął schodzić. Kiedy do wsi się zbliżał bojaźliwie rozglądać się wokoło zaczął czy nikt go nie widzi. Wrócił do chaty, kwiat w komorze postawił i mimo, że noc była ciemna zrobiło się w niej jasno jak za dnia. A w każdym kącie komory stał wielki wór złotych monet. Nabrał Sławomir pieniędzy do kieszeni, nacieszyć się nimi nie mógł, aż sen go zmorzył i w komorze usnął. Następnego ranka dzień wstawał piękny, kiedy Sławomir ze snu się obudził zaczął myśleć jak skarb swój i szczęście swoje przed ludźmi ukryć. Do kuźni pobiegł i tam sztaby i kłódki robić zaczął. Pracował tak do wieczora, a przez pół nocy zamki te na drzwiach komory przybijał. Noce spędzał w komorze skarbu swego doglądając. W dzień do kuźni nie zaglądał. Palenisko wygasło, wesołe iskry już tu nie skakały, ustało też dzwonienie młota o kowadło. Zrobiło się tu smutno i cicho. Ludzie we wsi dziwili się, że Sławka nigdzie nie widać, a jak się gdzieś pokazał to tylko przemykał samotnie z nikim nie rozmawiając. Raz tylko do kościoła przyszedł, ale gdy kościelny na tacę zbierał odwrócił się kowal od niego i do kieszeni nie sięgnął. Nie wspomógł także jałmużną żebraka przed kościołem siedzącego. Wszyscy patrzyli zdziwieni, bo takie zachowanie nie było do niego podobne. Na próżno Ludka wypatrywała Sławka, a nawet jak go gdzieś z daleka zobaczyła ten oczy od niej odwracał, nie uśmiechał się, nie zagadał. Ludzie po wsi gadać zaczęli, że opętały go złe moce i tylko jedna Ludka prawdy się domyślała. Ale cóż było robić zajęła się codzienną pracą i tylko wieczorami żal i tęsknota za młodym kowalem ją nachodziła. Minęło lato i jesień złota, a drzwi kuźni stały zamknięte, czasami tylko młody kowal na koniu przez wieś przemykał, nikomu się nie kłaniał, ludzi mu życzliwych nie pozdrawiał i z nikim nie rozmawiał. Podobno jeździł do miasta, w karczmach przesiadywał, a kiedy ktoś się do niego przysiadał i zagadać chciał jak to przy dzbanie wina tedy wyganiał każdego i sam w kącie siedział. Wychudł, twarz mu się zmieniła, uśmiechu na niej nikt nie widział tylko ten dziwny błysk w oczach, srebrny i zimny jak kamień. I tylko Ludka pamiętała jeszcze złote iskry w oczach Sławka i uśmiech na jego twarzy. Przyszła zima, w każdej chacie szykowano się do wigilii, w wielu chałupach skromnej, ale jakże uroczystej. Już szykowano siano, które w snopkach w kącie izby stawiano, ozdabiano piękne drzewka, szykowano jadło. Radość i nadzieja gościła w ludzkich sercach. Tylko Sławek był sam. Uprosiła Ludka u wujostwa by wolno jej było Sławka na wieczerzę wigilijną zaprosić. Widząc smutek w oczach dziewczyny i pomni tradycji, która nakazuje wędrowca czy samotnego na wigilię poprosić przystali na jej prośbę. Poszła tedy Ludka pod kuźnię i do drzwi domu Sławka pukać zaczęła. Kiedy ten drzwi uchylił zobaczyła dziwny, zimny blask i chłód poczuła.
- Sławku - rzekła - wujostwo i ja prosimy cię pięknie na wieczerzę wigilijną. Przyjdź do nas, nie siedź tak sam w tę noc narodzenia Pana. I w oczy jego zimne zajrzała, i ciepłą dłonią jego dłoń schwyciła. Poczuł Sławek to ciepło, o istnieniu, którego już zdążył zapomnieć i jakaś dziwna tęsknota w sercu jego kiełkować zaczęła. Obiecał Ludce, że na wieczerzę przyjdzie. I przyszedł. Wszedł smutny do domu wuja Ludomiry, posadzono go za stołem, ugoszczono. Aż stała się rzecz dziwna. Kiedy przy opłatku wuj Ludki życzył mu zdrowia, miłości i szczęścia z tych dziwnych oczu łzy płynąć zaczęły. Przypadła Ludka do Sławka i zaczęła go przekonywać, że przecież nie jest on sam, że ludzie we wsi są mu życzliwi, a jak się dobrze rozejrzy to i może znajdzie wokół siebie dziewczynę, której serce bije do niego bardzo gorąco.
-Ależ ja jestem szczęśliwy, jestem najszczęśliwszy z was wszystkich - odparł Sławek.
-To, czemu twoje oczy są smutne, czemu twe usta nie wiedzą, co to uśmiech, dlaczegoś ciągle sam? - spytał go wuj Ludki.
-Usiądźmy do stołu, kolędę zaśpiewajmy może serce twe rozgrzeje się trochę.
I zaczęli śpiewać; o stajence, o pasterzach, o gwiazdce i nocy tej piękne. I słuchał Sławek, a wraz z każdym dźwiękiem wyśpiewanym przez Ludkę oczy jego zmieniać się zaczęły, rumieńców nabierać zaczął. Wrócił Sławek do swej chaty, wszedł do komory i na kwiat spoglądawszy zapytał;
- Co to za szczęście, którego dzielić z nikim nie mogę - już ja wolałbym suchy chleb jeść i wodą popijać byle bym mógł w oczy mej Ludki spoglądać, słuchać jej śpiewu i śmiać się razem z nią. Nie chcę ja takiego szczęścia. Pieniądze i złoto nie dają szczęścia, gdy człowiek nie ma miłości ani szacunku i przyjaźni innych ludzi.
Blask kwiatu paproci przygasać zaczął, a po chwili zgasł całkowicie. Usłyszał tylko Sławek szept, taki sam jak wtedy w lesie, gdy kwiat znalazł. Głos ten rzekł;
- mądrym jesteś człowiekiem Sławku, ale potrzeba ci było samotności byś miłości, która zaglądała w twe serce nie przegapił.
Wraz z kwiatem cudownym znikły wory złota, a Sławek wszedł do kuźni i na palenisku ogień rozpalił, drzwi szeroko otworzył by ci, którzy z pasterki wracali zagrzać się mogli.
A rankiem do drzwi wujostwa Ludki zastukał, do nóg im padł, podziękował za ratunek i o rękę swej miłej poprosił.
- Jesteś mu rada serdeńko ty nasza? - zapytał wuj, a Ludka oczy spuściła, rumieńcem się okryła i wujowi odparła:
-oj wuju, jak nikomu na świecie!
Wiosną wyprawiono huczne wesele, kuźnia już zawsze rozbrzmiewała śmiechem i dzwonieniem młotów, a z czasem przybyło kowalowi trzech pomocników podobnych do niego kubek w kubek. A nad wrotami kuźni zawisło wykute w żelazie serce, w środku, którego kwiat wyjątkowo piękny, dziwny jakiś, niepodobny do innych był umieszczony. Przypominał on kowalowi Sławomirowi, że szczęście rodzi się z miłości, a nie zimnego złota.



Róża Powrót



Siedem tysięcy odmian i tyleż odcieni barw! Aksamitne i jedwabiste, pełne światła i z zalegającym w szczelinach między płatkami cieniem, śnieżnobiałe, kremowe, żółte, purpurowe, pąsowe, bordo, jasnoczerwone, czarne, lila... Wszystkie one są piękne i podziwiane od tysięcy lat. Najstarsze wierzenia związane z tymi kwiatami powstały na obszarze dzisiejszej Indii. Pierwszy pąk róży, jaki zjawił się z woli bogów wśród śmiertelników, służył bogini Lakszmi, patronce dziewcząt i zakochanych, za pojazd w czasie wędrówki. Otulona jego płatkami spłynęła z nieba na ziemię. Z Indii kult i hodowla róż przeszły do Persji. Tu wierzono, że róże są darem samego Allacha, który stworzył je z myślą powierzenia im władzy nad wszystkimi kwiatami. Persowie zachwyceni różami ustanowili ich święto. Tego dnia obdarowywali wszystkich całymi koszami tych kwiatów, których im nie brakowało, gdyż całą Persję można było nazwać jednym wielkim rosarium. Tam także istniał zwyczaj zakopywania w ogrodzie słoików napełnionych pączkami róż. Przy specjalnych okazjach wykopywano je i używano do potraw - wtedy róże naraz rozkwitały na talerzach. Z Persji zawędrowały te piękne rośliny do Turcji, gdzie wierzono, że kwiat pierwszej róży na ziemi powstał z kropli potu Mahometa, podczas pierwszej wędrówki Proroka z nieba na ziemię. Kiedy róże dotarły do Grecji, urzeczeni ich pięknem Grecy byli przekonani, że kwiat róży powstał z piany osiadłej na boskim ramieniu Afrodyty, gdy ta wynurzając się z toni morskich przypływała do brzegu. Natomiast grecki poeta bukoliczny Bion podawał, iż róże powstały z łez, które Afrodyta wylała przy rannym Adonisie - Na początku róża była biała, ale gdy Afrodyta biegła na pomoc swemu rannemu przyjacielowi, skaleczyła się w stopę cierniem i kolor jej krwi zabarwił kwiaty - tak powstały pierwsze czerwone róże.




Konwalie I Powrót



Dawno, dawno temu, w lesie tonącym w kwiatach konwalii, zabłądził ubogi lecz przecudnej urody młodzieniec. Zachwycił się czarem konwaliowych kobierców, ale serce pękało mu z bólu, bo odtrąciła go ukochana dziewczyna. Wyjął więc wierzbową fujarkę i... popłynęła smutna melodia o nieszczęśliwej miłości. I wtedy stal się prawdziwy cud. Ze śnieżnych konwaliowych dzwonków wyfrunęły maleńkie konwaliowe duszki. Śliczne te panienki zaczęły zwinnie wywijać w takt rzewnej muzyki. I były takie szczęśliwe, i takie wdzięczne grającemu młodzieńcowi. Tańczyły i tańczyły...., a muzyk grał i grał... aż zapadł w końcu zmierzch. Muzyka powoli cichła, bo grajek odurzony mocnym zapachem konwalii powoli osunął się na ziemię i zasnął.

Obudził się następnego dnia rześki i pełen radości, a kiedy sięgnął po swoja fujarkę - zamarł ze zdziwienia. Obok niego leżała bowiem nie jego drewniana, lecz całkiem inna, cała ze srebra. Nieśmiało przyłożył ja do ust i ...popłynęła melodia tak piękna , tak słodka i tak odurzająca jak zapach konwalii.
I kiedy tak grał namiętnie usłyszał nagle tupot tańczących maleńkich stopek. Wypatrywał pilnie wśród bujnej zieleni, bo przecież wiedział kto tańczy. Na próżno. Nic nie zobaczył oprócz konwaliowych dzwonków. Zrozumiał. Więc zagrał jeszcze raz. Na pożegnanie. I poszedł w świat, jak to w baśniach bywa. Swoją cudowną muzyką leczył nieszczęśliwe serca i zranione ludzkie dusze. Ale każdego roku wracał do tego lasu. Siadał wśród kwiatów konwalii i grał, grał, grał...dziękując duszkom za podarunek. Czasem zdawało mu się, że znowu słyszy tupot tańczących duszków, ale to tylko wiatr trącał konwaliowe dzwonki w takt płynącej muzyki.



Narcyz Powrót



Narcyz czyli Narkissos, syn boga rzeki Kefisos (Beocja) i nimfy Liriope, był młodzieńcem niezwykłej urody. Kochały się w nim wszystkie nimfy, lecz on myślał tylko o łowach, a o miłości nie chciał słyszeć. Najnieszczęśliwsza z tego powodu była nimfa Echo, która kochała go najbardziej. Nie chciał odwzajemnić jej uczuć wobec czego Nemezis ukarała go miłością do własnego odbicia w tafli wody. Gdy pewnego razu Narcyz zatrzymał się nad strumieniem, aby odpocząć, ujrzał w wodzie swoje odbicie i zakochał się w sobie. Narcyz zapomniał o całym otaczającym go świecie, nie obchodziły go łowy ani towarzysze, tylko całymi dniami wpatrywał się w swoje odbicie w tafli strumienia. W końcu umarł z tęsknoty i miłości do samego siebie. Po śmierci został zamieniony w kwiat nazwany jego imieniem.

Narcyz uznany został kwiatem zdradzieckim, poświeconym bogom podziemia.



Hiacynt Powrót



Według mitologii greckiej Apollo darzył niezwykle silnym uczuciem Hiacynta, urodziwego, młodego atletę. Niestety zakochał się w nim także zachodni wiatr - Zefir, lecz jego uczucie nie zostało odwzajemnione. Pewnego dnia Zefir w przypływie zazdrości zdmuchnął w stronę Hiacynta dysk, którym rzucali kochankowie i zranił go śmiertelnie. Zrozpaczony Apollo przemienił krew ukochanego w wonny kwiat, zdobiący od tego czasu lasy i ogrody.



Konwalie II Powrót



Dawno temu w lesie św. Leonarda w Sussex mieszkał potworny smok. Nawiedzał on regularnie pobliskie miejscowości, porywał dziewice i czynił wielkie spustoszenie. Jednakże mieszkańcy Sussex mieli obrońcę - św. Leonarda, kowala, który mieszkał w lesie. Przez lata w okolicy słychać było wycie smoka i brzęk stali, kiedy walczyli ze sobą na polanie. W końcu bestia została pokonana i święty ukazał się w chwale. Od tego czasu nikogo nie ugryzła w lesie żmija, żaden słowik nie zaśpiewał, by nie zakłócić snu świętemu, a jeżeli na ziemię spadły krople krwi dobrego człowieka, wyrastały w tym miejscu konwalie i rosną tam do dnia dzisiejszego.



Lilie Powrót



Kiedy na tronie zasiadł król Chlodwig (481 rok), zastanawiano się, co uczynić herbem króla. W końcu postanowiono, że będą to trzy czarne ropuchy. Stała się wtedy jednak przedziwna rzecz - mieszkającego w Joyeen-Val pustelnika pewnej nocy odwiedził anioł. Podarował on pustelnikowi tarczę, ozdobioną trzema złotymi liliami i rozkazał , by ten oddał ją żonie króla, Klotyldzie. Od tej pory lilia stała się herbem królewskim. Później, w czasach drugiej wyprawy krzyżowej, lilia znalazła się na chorągwiach wojsk Ludwika VII. Godło to zaczęto określać mianem Fleur de Louis (Kwiat Ludwika), co szybko przekształciło się w fleur-de-lys - dzisiejszą francuską nazwę lilii burbońskiej.



Przebiśniegi Powrót



Kiedy Ewa została wygnana z raju, stała w swoim zimowym ogrodzie i rozpłakała się nad kwiatami, które znikły. Przechodził obok anioł i usłyszał płacz Ewy. Zrobiło mu się żal płaczącej kobiety - złapał opadający płatek śniegu, dmuchnął na niego i zamienił w przebiśnieg. Dając go Ewie powiedział:

"Jest to dla ciebie zapowiedź, że wiosna i lato wkrótce nadejdą. Jest to obietnica, że przebiśnieg będzie pojawiał się co roku."
Od tamtej pory ilekroć zakwitają przebiśniegi, jest to znak, że wkrótce pojawi się wiosna.


Miłek wiosenny Powrót



Według syryjskiego mitu, Adonis był niechcianym dzieckiem. Przygarnęła go i wychowała piękna bogini Afrodyta. Adonis wyrósł na bardzo urodziwego młodzieńca. Zazdrosna o jego względy Artemida, namówiła przeciwko niemu dzika, który zranił go śmiertelnie. Z kropel krwi powstały czerwone róże, zawilce i miłek - Adonis vernalis.



Cykoria Powrót



Według ludowej angielskiej opowieści, dawno, dawno temu dwójka zakochanych żegnała się na drodze: on wyruszał w świat, by zarobić na ich wspólny dom, ona zostawała we wsi. Obiecał, że wróci najpóźniej za rok i jeden dzień. Dziewczyna wychodziła codziennie na drogę, na której widzieli się ostatni raz i wypatrywała ukochanego, który - kto wie - może wróci wcześniej. Obok drogi rosłą sobie cykoria, która w tamtych czasach miała jeszcze zupełnie białe kwiaty i ze współczuciem słuchała, jak ta miła dziewczyna wzdycha, a czasem popłakuje z tęsknoty za ukochanym. Dni mijały, i w końcu wyznaczony termin minął. Dziewczyna czekała na drodze cały dzień, ale nikt się nie zjawił. Z początku stała przy drodze, a potem zmęczona upałem przysiadła przy kwitnącej cykorii. Kiedy słońce zaszło, dziewczyna zapłakała, a jej łzy spadały na cykorię. Wiele dni jeszcze dziewczyna wychodziła na drogę i wypatrywała znajomej sylwetki najpierw z nadzieją, a potem z rozpaczą, wiele łez przelała i wiele ich spadło na kwiaty cykorii. Chłopak nie wrócił i nikt nie wiedział, dlaczego. Dziewczyna wystawała przy drodze i wypatrywała ukochanego, i wypytywała nieznajomych, czy nie widzieli jej narzeczonego. Aż pewnego dnia jeden z ludzi idących z dalekiego miasta powiedział dziewczynie, że jej ukochany nie żyje. Upadła na kolana i zaczęła szlochać tak bardzo, że pękło jej serce. Pochowano nieszczęśliwą na małym cmentarzyku i nikt już nie pamięta jej imienia, ale cierpienia dziewczyny nie poszły na marne: łzy zabarwiły kwiaty cykorii na niebiesko. Od tej pory też cykoria pleni się wzdłuż dróg, by przypominać podróżnym o tych, co zostali w domu. Pomaga też na dolegliwości serca...



Chryzantema Powrót



Chryzantemy zawsze były symbolem wiecznej młodości. W Chinach, starożytnej ojczyźnie chryzantem przez wieki narosło wiele legend. Według jednej z nich istniał magiczny kwiat, który rósł wyłącznie na Wyspie Ważki i mógł być znaleziony jedynie przez młodych ludzi. Pewnego razu grupa młodych badaczy, która ośmieliła się stawić czoła niebezpieczeństwom oceanu i dotrzeć do wyspy znalazła tylko jeden kwiat, a była to chryzantema. Natomiast według japońskiej legendy złocista chryzantema została stworzona z naszyjnika Boga. Przez dziesięć stuleci symbolem cesarskim była szesnastopłatkowa chryzantema, natomiast czerwone koło na fladze japońskiej symbolizuje chryzantemę, z której usunięto zewnętrzne płatki.



Fiołek Powrót



Kiedy Bóg wygnał z raju Adama i Ewę, wyruszyli oni w świat. Szedł Adam z towarzyszką swoją, stąpając po bryłach czarnej ziemi. Szli ciągle a Adam szlochał jak dziecko, szli w dal - Adam płakał bez końca, rosząc ziemię swymi łzami. Wokół zaległa cisza. Zroszona łzami ziemia posmutniała... Drgnęła w swych posadach i zrodziła z łez listki a w nich kwiat maleńki, smutny i rzewny. Wyrosły te kwiaty miłe i cudowne, jakby w nich wszystkie bóle i smutki zamieszkały. Te kwiaty baśniowe to łzy Adama. Rosną wciąż na ziemi - ciche i smutne, a ludzie nazwali je fiołkami...



Anemon Powrót



Wielką miłościa darzyła Wenus cudnego młodzieńca, młodego królewicza - Adonisa. Pewnego razu spotkali się na polanie i poszli ścieżyną wśród kwiatów polnych, kwitnących krzewów, zbóż szumiących, a cała przyroda kłaniała się pięknej parze. Zaszli wreszcie do lasu. Adonis zdjął łuk ze swego ramienia i począł szukać zwierzyny. Wenus odradzała mu polowanie, mając jakieś dziwne i smutne przeczucie. Jednak Adonis nie słuchał jej - wciąż strzelał do zwierza i wciąż chybiał. W pewnym momencie z lasu wypadł potężny dzik. Adonis napiął łuk i strzelił - niestety strzała tylko zraniła dzika. Skrwawiony dzik błyskawicznie rzucił się z wściekłością na Adonisa. W bestialskim szale porwał go na kły i rozszarpał na części. Zrozpaczona Wenus tuląc do serca martwe ciało młodzieńca, wyszeptała tkliwie: - Stań się kwiatem - kochanku mój....

Z chwilą, gdy boskie jej usta wymówiły te słowa, ciało Adonisa zamieniło się w piękny kwiat anemonu. Wenus nie zapomniała nigdy o kwiecie, swym zmarłym kochanku, wciąż go tuli i kocha i pieści... Nikt z nas nie widzi, kiedy Wenus schodzi na ziemię, nikt nie słyszy co szeptają - boska Wenus i kwiat anemonu...


Szarotki Powrót



Dawno temu migające na niebie gwiazdy zastanawiały się, o czym też mogą dumać potężne olbrzymy gór niczym zaklęte klasztorne mnichy? Co mówią i szemrzą srebrne warkocze rzek i spienione morze? O czym szepczą dumne dęby i wysmukłe świerki? O czym śpiewa ptaszek wśród kłosów pełnych zbóż, wśród łanów? -To słowicza pieśń nocy- powiedziała jedna.

-Jak tam cudnie, siostro - powiedziała druga
-Jak marzycielsko na tej ziemi - powiedziała trzecia
-Chodźmy! Lećmy tam na roztęczonych swych skrzydłach!
-Lećmy!
Frunęły... Zleciały cichutko na nasza ziemię i wsłuchały się w cudną pieśń słowika - była to pełna goryczy, smutna pieśń o niedoli ludzkiej. Ptaszę leciało przez pola i łąki i szczebiotało cichutko swą łzawą melodię a zasłuchane gwiazdy wciąż szły za nim. A gdy skończył swą pieśń, ocknęły się z zadumania i chciały wzlecieć w niebiosa - lecz nie mogły... Chciały frunąć w górę, lecz sił nie starczyło. I poszły gwiazdy daleko, szły po łakach, pastwiskach, biegły przez lasy, góry...Nie mógł nikt zobaczyć iskrzących gwiazd na ziemi a wkrótce miał nadejść świt. Przystanęły gwiazdy, kryjąc się w górach i nad urwiskami skał. I wstało słońce a gwiazdy zmęczone usnęły. Śniły długo dumając o ludzkiej nędzy, o pieśni słowika - a kiedy zbudzone zobaczyły, że wciąż są na ziemi - nie chciały już wracać w niebiosa, postanowiły pozostać, by tutaj dzielić dolę i niedolę z mieszkańcami ziemi. Słuchały poszumów wichrów i skarg podniebnych, wsłuchiwały się w dźwięk ptactwa i rozmowy drzew, słuchały i milczały. Z czasem ich twarze i ciała okryły się puchem. Z gwiazd - powstały kwiaty. Otulone szarym puchem, niewinne, cudne szarotki zdobią do dziś góry i śnią o szczęściu ludzi i całej natury...


Maki Powrót



...Nad biedną, ubogą mieściną zapłonęły miliardy gwiazd. Było cicho, tak cicho, że nawet drżenie muszki byłoby słychać, na ziemi zamilkło wszystko w oczekiwaniu. A z dala od miasta, w maleńkiej nędznej szopie przyszło na świat Boże dziecię. Choć tak maleńkie i złożone w żłobie, cześć Mu oddają i prostacy i królowie. Szybko rozeszła się wieść o tym cudzie. Zląkł się Herod i wpadł w szał wściekłości - rozkazał żołdakom by zamordować dziecię. Powrócili jednak z niczem, choć szukali wszędzie. Gdy wieść o okrutnym zamiarze Heroda dotarła do Marii, owinęła w chustę dzieciątko i szybko umknęła z miasta. Szła z dzieciątkiem na ręku nie spoczywając nigdzie, bosa i zmęczona a z nabrzmiałych Jej nóg, popękanej skóry, krew sączyła się zwolna i broczyła wciąż łąki , śladami krwi niewinnej znacząc drogę. Po długim pochodzie dotarli wreszcie do Egiptu, gdzie dziecię było już bezpieczne. I wtedy stała się rzecz dziwna -z kropel krwi powstaja listki, rozwijają się, rosną coraz wyżej, aż pąk z nich wytryska - rozwijają się listki w szkarłatnej sukience... Kwiat jeden, drugi, setki i tysiące... odbijają się czerwienią pomiędzy ziołami, trawami i zbożem - i choć wspaniałe i piękne, jakiś smutek w nich płonie...



Na podstawie źródeł arabskich, starogreckich i chrześcijańskich.



Oralia - drzewo miłości Powrót



Według meksykańskiej legendy w samym centrum miasta Zacatecas, na przeciw byłego klasztoru San Agustín znajduje się plac, a na nim – sporych rozmiarów drzewo określane jako drzewo miłości.

W okolicach roku 1850, w jednym z kolonialnych domów, które otaczają plac po dziś dzień, mieszkała Oralia – piękna, młoda dziewczyna, której imię dało początek późniejszej nazwie wspomnianego drzewa. Oralia dzieliła swe serce między dwojgiem mężczyzn: francuskim malarzem - Philippem Rondé, mężczyzną wykształconym, przystojnym, grzecznym i pełnym dobrych manier oraz ubogim, ale niezwykle dobrym (jak zawsze w takich historiach) górnikiem – Juanem, który marzył o znalezieniu błyszczącej, srebrnej żyły w kopalni, którą ofiarować mógłby swojej ukochanej.
Popołudniami Juan prowadząc swojego osła, przynosił Oralii wodę, którą ona z wielkim zapałem i poświęceniem podlewała rosnące na placu drzwo. Jednak Oralia siadała w cieniu drzewa nie tylko w obecności Juana. To samo robiła z Philippem, który z kolei opowiadał jej o swoim dalekim kraju. Juan cierpiał w ukryciu, ale zdawał sobie sprawę, że przeszkodą w jego uczuciu są różnice społeczne. Dlatego właśnie pracował bardzo ciężko w opuszczonych kopalniach, starając się za wszelką cenę znaleźć wielki skarb.
Pewnego dnia jednak Oralia zmęczyła się taką sytuacją i podwójną miłością. Zaczęła porównywać obydwóch mężczyzn, z których każdy reprezentował dla niej odmienny świat i postanowiła wybrać jednego z nich. Usiadła sobie sama pod drzewem i zapłakała, nie wiedząc, co robić. Wówczas drzewo również zaczęło płakać, a jego łzy w kontakcie z rękoma Oralii zamieniły się w naręcza białych kwiatów. Dziewczyna odzyskała spokój i podjęła decyzję, iż mężczyzną jej życia będzie definitywnie ubogi górnik Juan.
Następnego dnia Francuz przybył do domu Oralii z niespodziewaną wiadomością. Musiał wrócić do swojego kraju. Oralia, bardzo spokojna, zrozumiała natchmiast, że podjęła słuszną decyzję.
W tym samym czasie w głębokiej kopalni Juan zauważył dziwny błysk. Była to jakże poszukiwana przez niego żyła srebra. Kiedy tylko dobiegł na plac, aby opowiedzieć swej ukochanej o tym, co mu się przydarzyło, po raz drugi z drzewa spadać zaczęły w ogromnych ilościach białe kwiaty. Od tego momentu meksykańscy zakochani uważają, że ukrycie się w cieniu drzewa miłości przynosi im szczęście.


Źródło: Strona internetowa Pani Ewy Kulak
http://www.kolumbijsko.com/kolumbia/legendy



Jemioła Powrót



Balder, bóg słońca i syn bogini miłości Frygii, miał sen, w którym ujrzał swą śmierć. Frygia wyruszyła w świat, prosząc rośliny i zwierzęta aby nie skrzywdziły jej syna. Oznaczałoby to koniec życia na ziemi. Bogini przeoczyła jemiołę, którą wykorzystał bóg zła- Loki, który pewnego razu wpadł na szatański pomysł. Zrobił strzałę z gałązki jemioły i zabił z łuku boga słońca. Wszyscy płakali po nim, ale najbardziej piękna Frygia a jej łzy jak perły zamieniły się w białe jagody jemioły.
Przez trzy dni starała się przywrócić syna do życia. Gdy się jej to udało, z radości całowała każdego, kto przeszedł pod jemiołą. Od tamtej pory, kto stanął pod jemiołą, był bezpieczny - złe czarownice i duchy traciły swą moc. A dzisiaj ?..wieszamy ją w naszych domach podczas Świąt Bożego Narodzenia i jeżeli przypadkiem (lub specjalnie) znajdziemy się pod nią... możemy liczyć na pocałunek... Jemioła uważana jest za symbol miłości i pojednania.


O białej i czerwonej róży lub o złym cierniu Powrót



Przed wielu… wielu laty na Krymie, w stolicy Chanów, w Bachczysaraju mieszkał sławny młody Babakaj… Babakaj był tak sławny, jak młody i piękny… Nie sława jednak, piękność i młodość były skarbem Babakaja… Bijana, cudnej urody. Bijana była tym skarbem i rycerz Babakaj był skarbem najdroższym Bijany. Szczęście słało się do stóp Babakaja i Bijany, jak wonne płatki białe kwiatu migdałowego, spadające na głowy ich, ku sobie pochylone, na ręce ich splecione… pod stopy ich…
Wielce, wielce szczęśliwi byli Babakaj i Bijana… I zapomnieli, że są na ziemi, gdzie nic trwałego nie ma…
Zagrały surmy bojowe… Z rozdartym sercem żegnał rycerz Babakaj Bijanę najdroższą na znak wiecznej miłości pierścień swój na rękę jej kładąc… Głuchym jękiem odbił się stuk kopyt końskich o drogę kamienną w sercu Bijany… sama została… Nie sama, albowiem tęsknotę rozłąki starała się słodzić piękna przyjaciółka - Arzu, również płomiennie Babakaja miłująca: to tańcem, to śpiewem, to pięknymi baśniami…. Gdy jednak widziała, że ni czas, ni rozłąka, ni tańce a śpiewy, a baśnie cudowne, nie chłodzą miłości pięknej Bijany, postanowiła ją zgładzić, by w sercu Babakaja zagościć…
I żrąca jak żądło żmii trucizna przegryzła nić życia Bijany…
Już kwietne kobierce pokryły mogiłę Bijany, już cudne róże białe smutnie chyliły swe czoła wonne nad biedną Bijaną, gdy z wojny powrócił Babakaj…
Spotyka go piękna Arzu, na własny jego pierścień wskazująca na ręku jej świecący i rzecze: "Bijana ze świata tego odchodząc, tak Cię mi kazała miłować, jak sama Cię miłowała"… Nie słucha rycerz Babakaj zdradnych słów Arzu, piersią bohaterską na drogą mogiłę upada, długie, długie godziny z niej się nie rusza, aż i na wieki tam zostaje z piersią własną ręką przebitą…
I nowa nadeszła wiosna, i na mogile Bijany obok róż białych, róże szkarłatne zakwitły, tęsknie swe płatki krwawe ku śnieżnym płatkom prężące. Wiatr dobroczynny nachyla ku sobie tęskne białe i szkarłatne kwiaty na jednej mogile wyrosłe…Ujrzała je zła Arzu… "Na nic ma zbrodnia, na nic męki moje… nie chcę żyć więcej" i nóż ostry swej niewolnicy podaje… I z piersią przebitą pada straszna Arzu pomiędzy białe i krwawe róże…
I znowu przyszła wiosna, i znowu szmaragdowy kobierzec otulił kochanków mogiłę, i znów wyrosły białe i krwawe róże, a pomiędzy niemi - cierń, zły cierń kolący… jak złą była Arzu na ziemi…


Legenda karaimska
(Ze zbiorów Biblioteki Litewskiej Akademii Nauk. Kolekcja S. Szapszała)

Źrodło: http://www.awazymyz.karaimi.org/index.php?p=411&a=9



Niezapominajki Powrót



Jako kwiatki z bajki, niezapominajki muszą mieć swoją legendę. Według niej Bóg, nazywając poszczególne rośliny, zapomniał o małym niebieskim kwiatku. I kwiatek zapytał: Panie Boże, a jak się będę ja nazywał? I wtedy Pan Bóg odpowiedział: Ty zostań Niezapominajką.
To dlatego często dawany jest osobom, na których pamięci nam zależy, głównie przez zakochanych. "Nie zapomnij o mnie" miały mówić bukiety niezapominajek wręczane przez panny narzeczonym wybierającym się w długą podróż. W języku kwiatów niebieski kolor oznacza bowiem wzniosłe uczucia i życzenia.

Inna legenda o powiada o rycerzu, przechadzającym się ze swoją ukochaną nad brzegiem Tamizy w pełnym uzbrojeniu. W pewnym momencie, zrywając niezapominajki z intencją ofiarowania ich swojej dziewczynie, rycerz wpada do wody. W ostatnim momencie przed utonięciem udaje mu się krzyknąć "Nie zapomnij mnie".


Piękna religijna opowiastka zaś mówi o młodziutkim Jezusie, który siedząc na kolanach Matki Bożej, zapragnął, by wszystkie pokolenia pamiętały o najbliższej jemu sercu osobie. O matce. Dotykając oczu Maryi, pomachał swą drugą rączką nad łąką. Wtedy pojawiły się na niej tysiące niezapominajek.


Jeszcze inna opowiada o starcu, który przyglądał się niezapominajce. Zawstydzony kwiat zapytał: "Dlaczego tak na mnie patrzysz? Jestem przecież malutka i nic nie znaczę w porównaniu z innymi kwiatami! Starzec na to: "Znam się na urodzie. W tobie widzę prostotę, delikatność, naturalność, świeżość". Niezapominajka uradowała się: "Dopiero ty zwróciłeś mi na to uwagę. Od tej chwili przestaję uważać się za nijaką. Czuję się piękna i podziwiana, ponieważ taką jestem w twoich oczach".



Według Paraboles du Bonheur
Jeana Vernette'a i Claire Moncelon



Bratki Powrót



Dawno temu, kiedy nie było jeszcze wielkich miast , kiedy ziemię pokrywały lasy i łąki, w ponurym zamczysku mieszkał dziedzic z synem. Zły to był człowiek. Polował na zwierzynę w lasach nie z braku jedzenia, tylko z przyjemności a i na ludzi napadał też. Mówią, że hersztem bandy jakowejś był. Nocą się zjeżdżali podobni jemu zbóje, bawili się głośno, pili i skarby złupione liczyli. Syn dziedzica był inny, delikatny, spokojny i cichy. Z książką się włóczył po łąkach, ptaszków słuchał i kwiaty oglądał. Niewydarzony taki. Nie lubił go ojciec, oj nie. Był w zamku bratanek dziedzica i ten się panu złemu podobał. Z przyjemnością zabijał zwierzęta, dręczył wszystkich dookoła. Taki sam zły był jak jego wuj. Śmiali się oba z Bratka bo tak nazywał się syn dziedzicowy i dokuczali mu jak mogli. Ciężko się żyło wieśniakom pod rządami pana. I niewiele dawało, że Bratek ludzi pocieszał, czasami i woreczek dukatów rzucił. Ludzie płakali, zęby zaciskali i skarżyli się dobrym leśnym bogom. I trwało by tak niezmiennie, gdyby nie burza, która przyszła tego sądnego dnia i wszystko się zmieniło. Dnia tego wuj z bratankiem pijani wjechali do wsi, zabijali ze śmiechem chłopską trzodę. Podpalili stogi na polu. Wieśniakom zagroził głód. Siwowłosy starzec przypadł do nóg konia dziedzicowego... zmiłuj się Panie, toż my z głodu zginiemy... ale dziedzic roześmiał się złośliwie i uderzył z całej siły batem wieśniaka. Potem podpalił jego ubogą chałupę. Wtem nadbiegł Bratek. Ojcze dlaczego jesteś nieludzki?! - zawołał, ale ojciec staranował biednego chłopca i pogalopował dalej. Bratek upadł i nie podniósł się więcej. Wtem zagrzmiało w oddali, zerwał się wicher, ciemno się zrobiło jak w nocy. Pioruny biły raz za razem w zamczysko. Ludzie przytuleni do siebie patrzyli ze strachem na nawałnicę. Najstarsi mieszkańcy nie pamiętali takiego szaleństwa natury. Kiedy burza ucichła i słońce wyjrzało nieśmiało za chmur... nie było już zamku, ani złego dziedzica z bratankiem. Zapadli się pod ziemię, tylko konie samotnie stały pod lasem. Chłopi ustawili w tym miejscu kapliczkę i pochowali biednego Bratka obok. A na drugi dzień ze zdumieniem ujrzeli całą polanę i świeżą mogiłę porośniętą cudnymi kolorowymi, delikatnymi jak skrzydło motyla, pachnącymi kwiateczkami, które bratkami nazwali.



Stokrotka Powrót



Daleko na wsi, tuż koło drogi, stała altana; widziałeś ją na pewno, kiedyś tamtędy przechodził. Przed altaną był mały ogródek kwiatowy z pomalowanymi sztachetami, tuż obok na murawie, wśród najpiękniejszej zielonej trawy, rosła mała stokrotka; słońce ogrzewało ją tak samo mocno i pięknie jak wielkie, pyszne kwiaty w ogrodzie i dlatego rosła z godziny na godzinę. Pewnego ranka całkiem rozkwitła i stała tak ze swymi małymi, śnieżnobiałymi płatkami, które otaczały, jak promienie, żółte słoneczko pośrodku. Nie myślała wcale o tym, że żaden człowiek nie widzi jej w trawie i że jest biednym, pogardzanym kwiatkiem; nie - była bardzo zadowolona, zwracała się cała do ciepłego słońca, patrzyła w nie i słuchała skowronka, który śpiewał w powietrzu.
Mała stokrotka czuła się szczęśliwą, jak gdyby to było wielkie święto, a przecież był to tylko poniedziałek; wszystkie dzieci uczyły się w szkole; podczas gdy dzieci tkwiły w ławkach i uczyły się tam czegoś - stokrotka tkwiła na swej zielonej łodydze i również się uczyła od ciepłego słońca i od wszystkiego, co ją otaczało, jaki Bóg jest dobry. Myślała o tym, jak pięknie wyśpiewuje skowronek to, co czuje w ciszy, i patrzyła z pewnego rodzaju czcią i podziwem na szczęśliwego ptaszka, który umie śpiewać i fruwać; ale nie martwiła się tym, że sama tak nie potrafi: "Widzę i słyszę! -myślała. ? Słońce mnie grzeje i wiatr mnie całuje. Ach, obficie mnie obdarowano!"
Za sztachetami stało tyle sztywnych, wykwintnych kwiatów; im mniej pachniały, tym dumniej strzelały w górę. Piwonie nadymały się, aby być większymi od róż - ale rozmiar przecież nic nie znaczy. Tulipany miały najpiękniejsze barwy, wiedziały o tym dobrze i trzymały się prosto, aby je można było lepiej widzieć. Nie spostrzegały wcale małej stokrotki, ale ona patrzała na nie tym uważniej i myślała: "Jakież one bogate i piękne! Do nich przyleci na pewno ten wspaniały ptak w odwiedziny. Bogu dzięki, że jestem tak blisko nich, mogę przynajmniej przyglądać się ich wspaniałości". I właśnie gdy tak myślała, posłyszała:
"Ćwir, ćwir!" - to skowronek zleciał na dół, ale nie do piwonii ani do tulipanów - nie: sfrunął w trawy do biednej stokrotki; radość po prostu przeraziła stokrotkę i sama nie wiedziała, co ma myśleć.
Ptaszek tańczył dookoła stokrotki i śpiewał: ,,Jaka ta trawa jest miękka, patrzcie, jaki to kochany, mały kwiatek o złotym serduszku i srebrzystej sukience". Żółty środek stokrotki wyglądał naprawdę jak złoty, a małe płatki dookoła błyszczały swą białości. Jakże szczęśliwa była stokrotka - to trudno sobie wyobrazić. Ptaszek pocałował ją. swym. dziobem, zaśpiewał dla niej i pofrunął znowu. w błękitne powietrze. Chyba. kwadrans minął, zanim stokrotka przyszła do siebie. Trochę zawstydzona, ale jednak serdecznie uradowana, spojrzała na kwiaty w ogrodzie, widziały przecież, jaki ją spotkał honor i jakie szczęście, musiały zrozumieć, jaka to była dla niej radość; ale tulipany stały tak samo sztywne jak przedtem, twarze ich ściągnęły się, zaczerwieniły z gniewu. Piwonie nadęły się "ph", całe szczęście, że nie mogły mówić, na pewno robiłyby stokrotce ostre wymówki. Biedny kwiatek wiedział, że nie są w dobrym humorze, i to mu sprawiło prawdziwą przykrość. Wtedy do ogrodu przyszła dziewczynka z wielkim nożem, ostrym, błyszczącym, zbliżyła się do tulipanów i zaczęła obcinać jeden po drugim.
- Ach! - westchnęła stokrotka. - Jakież to straszne, już po tulipanach! Dziewczynka odeszła z tulipanami; stokrotka była szczęśliwa, że stoi daleko w trawie i że jest małym, biednym kwiatkiem, była przepełniona wdzięcznością i kiedy słońce zaszło, zwinęła płatki i zasnęła, śniąc przez całą noc o słońcu i o małym ptaszku.
Następnego ranka, kiedy kwiatek wyciągnął radośnie białe płatki, niby małe ramiona, do powietrza i. słońca, posłyszał głos ptaszka, ale śpiew jego brzmiał smutnie. Tak, biedny skowronek miał powody do smutku, schwytano go i oto teraz siedział w klatce przy otwartym oknie. Śpiewał o szczęściu swobodnego fruwania, śpiewał o młodym, zielonym życie w polu i o pięknej podróży, którą mógłby odbyć na swych skrzydłach wysoko w powietrzu. Biedny ptaszek nie myślał o wesołości, siedział uwięziony w klatce.
Stokrotka chętnie by mu pomogła, ale jak miała się do tego zabrać? Trudno było coś wymyślić. Zapomniała zupełnie, jak pięknie było dookoła niej,. jak gorąco grzało ją słońce i jak ślicznie wyglądały jej białe płatki; myślała tylko o uwięzionym ptaszku, któremu nie mogła pomóc.
Wtedy wyszło z ogrodu dwóch małych chłopców; jeden z nich trzymał nóż, taki sam duży i ostry jak ten, którym dziewczynka obcinała tulipany. Zmierzali wprost do stokrotki, która nie mogła zrozumieć, czego oni chcą.
- Moglibyśmy tu wyciąć dla skowronka piękny kawał murawy! - powiedział jeden z chłopców i zaczął wycinać kwadrat dookoła stokrotki zostawiając ją pośrodku.
- Wyrwij ten kwiat - powiedział drugi chłopiec, a stokrotka zadrżała ze strachu, bo zostać wyrwaną to to samo, co umrzeć, a teraz chciała tak bardzo żyć, teraz, gdy miała się dostać z kawałkiem murawy do klatki skowronka.
- Nie, zostaw ją! - Tak ładnie wygląda! Została więc i zabrano ją do klatki skowronka.
Biedny ptaszek narzekał głośno na utratę wolności i uderzał skrzydłami o żelazną kratę, mała stokrotka nie mogła mówić, nie mogła mu powiedzieć słowa pociechy, chociaż tak bardzo chciała: I tak przeszło całe przedpołudnie.
- Nie ma tu wody! - powiedział uwięziony skowronek. - Wszyscy wyszli i nie zostawili mi ani kropli do picia. Gardło mi wyschło i pali. Czuję w sobie ogień i lód - powietrze jest takie ciężkie! Ach, będę musiał umrzeć z daleka od ciepłego słońca, od świeżej zieleni, od całego piękna, które stworzył Bóg!
I potem wsadził mały dziobek w chłodną trawę, aby się trochę odświeżyć; wtedy wzrok jego padł na stokrotkę; ptak skinął do niej główką, pocałował ją dziobkiem i powiedział:
- Ty także musisz tu więdnąć, biedny, mały kwiatuszku! Ciebie i kawałek zielonej murawy dano mi w zamian za cały świat, który miałem na wolności. Każde źdźbła trawy musi mi zastąpić zielone drzewo, każdy z twoich białych płatków ma być dla mnie pachnącym kwiatem. Ach, przypomina mi to tylko, ile straciłem!
"Kto mógłby pocieszyć skowronka ?" - pomyślała stokrotka. Ale nie mogła poruszyć żadnym płatkiem; jednakże zapach, który wydzielały jej płatki, był o wiele silniejszy niż zwykły zapach tego kwiatu; zauważył to również skowronek, a chociaż był osłabiony z pragnienia i w męce wyrywał zielone trawki, nie ruszył kwiatka.
Nadszedł wieczór i nikt nie przyszedł i nie przyniósł ptaszkowi kropli wody; wtedy skowronek wyciągnął swoje piękne skrzydła i potrząsał nimi kurczowo, jego śpiew brzmiał jak zbolały pisk, mała główka pochyliła się ku stokrotce i serce ptaka pękło ze smutku i tęsknoty; kwiatek nie mógł jak poprzedniego wieczoru zasnąć, stuliwszy płatki; chore i smutne chyliły się one do ziemi.

Dopiero następnego ranka przyszli chłopcy; a kiedy zobaczyli martwego ptaka, zapłakali, płakali rzewnymi łzami i wykopali mu śliczny grób, który ozdobili płatkami kwiatów. Ciało ptaka włożyli do pięknego, czerwonego pudełka; królewski miał pogrzeb biedny ptaszek. Kiedy żył i śpiewał, zapomniano o nim, trzymano go w klatce w niedostatku, teraz ofiarowano mu wspaniały pogrzeb i wiele łez.
A kawałek murawy wraz ze stokrotką wyrzucono na drogę pełną kurzu, nikt nie myślał o kwiatku, który najwięcej współczuł małemu ptaszkowi i tak gorąco chciał go pocieszyć.

Hans Christian Andersen



Cis i jałowiec Powrót



Legenda mówi, że cis i jałowiec są synami pramatki sosny. Zrodzone jako bliźniaki, od maleńkości bardzo się kłóciły. Cis lubił gęste, mroczne lasy, natomiast jałowiec - rozległe, słoneczne polany oraz ugory pełne piasków i kamieni.

Cis postanowił, że panie drzewa i panowie drzewa będą rosnąć osobno, ale jak najbliżej siebie. Jałowiec uznał, iż na jednym pniu chce mieć gałązki z męskimi i żeńskimi kwiatami. Uznał, że dzięki temu jałowce porozchodzą się w różne strony, aby sobie nie przeszkadzać.

Gałązki tych iglaków miały także nie smakować zwierzętom. Zatem cis umyślił wypełnić swe pędy trującym sokiem, a jałowiec - uzbroić się w kłujące igły i bardzo nieprzyjemny smak.

Oba iglaste drzewa nie chciały szyszek! Dlatego cis otrzymał jasnoczerwone i bardzo słodkie nibyjagody z dużą gorzką pestką. Natomiast zadziwiające szyszkojagody jałowca muszą przez dwa lata od kwitnienia dojrzewać na gałązkach, zanim nabiorą aromatu i uzyskają ciemnofioletową barwę.

Cis wymyślił aby dym jego drzewa zabijał zwierzęta. Jałowiec zapragnął dymu pełnego aromatu niszczącego choroby. Cis marzył by stać się długowiecznym, a jałowiec chciał mieć radosne, słoneczne życie! Cis i jałowiec uprosiły więc pramatkę sosnę, by przedstawiła te prośby Białobogowi i Czarnobogowi, bowiem od każdego z nich mogą coś otrzymać. Ponieważ bardzo pragnęły spełnienia swych marzeń uzyskały to, o co prosiły! Gdyż, jeśli się czegoś pragnie dostatecznie mocno - wcześniej czy później na pewno się to osiągnie!

Od tego, że cisy rosną gęsto, cisnąc się jeden przy drugim, nazywano je cisami. Natomiast jałowe gleby, które zasiedliły jałowce miały dać nazwę tym iglakom.

autor: Wrzesław Mechło www.proprzewodnik.xt.pl



Wiciokrzew Powrót



Na wyspie Wolin, nad rozległym Jeziorem Żółwińskim, leżą dwie wioski: Żółwino i Domysłów. Dawno temu w Żółwinie mieszkał śliczny chłopak. Smukły, wysoki i bardzo bystry, świetnie łaźbił, czyli wspinał się na drzewa i sprytnie zrywał owoce z najwyższych gałęzi. Wszyscy podziwiali jego gibkość i sprawne poruszanie się wśród konarów. Ułatwiało mu tę wspinaczkę wierzbowe leziwo. Zapewne dlatego zwano go Witkiem, gdyż przypominał wierzbowe gałązki, które były długie i gibkie jak on. Witek, czy raczej Wicio, bo tak zdrobniale go nazywano, bardzo podobał się okolicznym dziewczętom. Chłopak nie opuścił żadnej zabawy, a każdą dziewczynę, z którą tańczył, musiał pocałować. Prędko też zawrócił w głowie wielu pannom.

W najkrótszą noc roku - w wielkie słowiańskie święto miłości, które wtedy zwano Kupałą, a obecnie Nocą Świętojańską - przystrojone wiankami panny i wszyscy kawalerowie z okolicy, zbierali się nad jeziorem przy ogniskach. Całą noc śpiewano i tańczono, dobierając sobie partnerki i partnerów na całe życie. Zabawy i zaloty trwały aż do rana. O wschodzie słońca młodzi przybywali pod wielki święty dąb, rosnący na brzegu jeziora. Tutaj, wobec bóstw ze słowiańskiego panteonu: Łady – opiekunki macierzyństwa i domowego ogniska, a także Kupały – władającego młodością, zabawą i uczuciami, młode pary przysięgały sobie miłość, wierność i wzajemną troskę.

Podczas tych zabaw i obrzędów, z jeziora często wychodziły śliczne panny wodne, Zielenice – córki boga wód Pluskona – aby pląsać i śpiewać wraz z ludźmi. Jednej z Zielenic bardzo spodobał się Wicio, a i ona oczarowała go swą urodą i wdziękiem. Jednak wcześniej chłopak obiecał swą miłość Jagódce z Żółwina, a także Miłej z Domysławia. Jego niestałe serce i chęć całowania wszystkich trzech dziewcząt sprawiły, że - w tajemnicy przed innymi - każdej z osobna złożył przysięgę miłości pod świętym dębem. A że – zgodnie z prastarym zwyczajem – przez czternaście dni musiał codziennie spotykać się ze swa wybranką, rano umawiał się z Jagodą, w południe z Miłą, a wieczorem z Zielenicą, mieszkającą u ujścia strugi wpadającej do jeziora. Aby nikt nie widział, jak oszukuje zakochane dziewczyny - oraz by zdążyć na spotkanie z każdą z nich w umówionym miejscu i czasie - zamiast drogą, Wicio chodził tylko sobie znanymi ścieżkami, wśród porastających brzegi krzewów i chaszczy. A słońce zawsze świeciło mu w oczy. Rano w Żółwinie, w południe nad Domysławiem, wieczorem u ujścia strugi. I tak codziennie okrążał jezioro, podążając za słońcem, aby w ciemności, wracać do domu w towarzystwie nocnych motyli i świetlików, północnym brzegiem jeziora.

Jednak pewnego razu siostry Zielenicy zauważyły Wicia całującego się z Miłą. Poczęły go śledzić, a gdy się upewniły, że nie jest wierny przysiędze i oszukuje aż trzy panny, opowiedziały o wszystkim swej zakochanej siostrze. Zielenica popadła w rozpacz. Zwróciło to uwagę Pluskona. Bóg wód prędko dowiedział się o wstrętnym postępku chłopaka i wpadł w gniew. Z jego rozkazu kochliwy Wicio został zamieniony w wiciokrzew. Podobnie, jak będąc chłopcem wspinał się na drzewa i gałęzie, tak i teraz się wspina. Tak, jak okrążał jezioro podążając za słońcem, tak i dzisiaj oplata drzewka w kierunku zgodnym z ruchem słońca. Tak, jak obejmował w miłosnym uścisku młode dziewczęta, tak teraz obejmuje młode pnie i gałązki. Jego namiętne usta zostały zamienione w czerwone jagody, a zmierzwione włosy - w kwiaty, do których lecą liczne nocne motyle. Pamiętajcie o tym chłopaki!


autor: Wrzesław Mechło www.proprzewodnik.xt.pl



Mikołajek nadmorski Powrót



Były to czasy, w których grecka kultura promieniowała swym potężnym blaskiem na cały świat. Kupcy z dalekiej Hellady docierali aż do Bałtyku, w poszukiwaniu cennego elektronu, przez miejscowych zwanego jantarem. I właśnie oni przekazali ateńskim skrybom legendę usłyszaną od Słowian mieszkających nad szarym, zimnym morzem. A ci skrzętnie ją zapisali ...

Żył sobie w wiosce nad Bałtykiem wesoły i psotny chłopiec. A zwano go: Mikołajek. Wprawdzie na imię miał Mikołaj, ale jego drobna budowa i filuterne błękitne oczy sprawiały, że każdy zdrabniał to imię. Mikołajek wciąż żartował i robił figle okolicznym mieszkańcom. To poplątał sieci suszące się na słońcu, to pozamieniał ryby w skrzynkach i do szlachetnych łososi dołożył trochę dorszy, to do gotującej się na ognisku strawy dodał gorzkiego piołunu. Ale szczery uśmiech i niewinna mina psotnika sprawiały, że nikt się długo na niego nie gniewał. Lubiano nawet Mikołajka, gdyż swymi żartami urozmaicał monotonne codzienne zajęcia. Ponieważ wszystko uchodziło mu płazem, jego dowcipy stawały się coraz bardziej dokuczliwe. Czasami dostał solidne lanie ale nie przejmował się tym długo.

Pewnego razu, na spacer nadmorską plażą wybrała się Amfitryta - żona samego boga mórz Posejdona. Mikołajek zauważył, że zdjęła ona piękne szaty, aby rozgrzać swe ciało na słońcu. Wkrótce zasnęła na ciepłym piasku plaży. Wtedy nasz urwis podkradł się cicho i zabrał szaty Amfitryty. Następnie ukrył je na wydmach, w gęstych zaroślach rokitnika. Kiedy bogini obudziła się, nie znalazła swojego odzienia. Bardzo rozgniewana, nago wróciła do podmorskiego pałacu i poskarżyła się Posejdonowi. Ten rozkazał Trytonowi - najsilniejszemu ze swej świty - aby ukarał sprawcę tego niecnego postępku. Nie wiedział jednak, że Tryton był okropnie zły. Właśnie przegrał pojedynek z siłaczem Heraklesem i chętnie by się zemścił za swoją porażkę na kimkolwiek. Poza tym Tryton miał porywczą naturę, więc gdy tylko odnalazł Mikołajka posiekał go swym wielkim mieczem na kawałki i porozrzucał je po nadbałtyckich wydmach. Następnie zadął w swą muszlę na znak zwycięstwa i wrócił w głębiny.

Dowiedziała się o tym Amfitryta. Żal ścisnął jej serce. Wyprosiła u Posejdona, aby zamienił te mikołajkowe kawałki w rośliny, które będą najpiękniejsze na wydmach. A jeśli przez rok nikt nie zerwie ani jednej z nich, to z powrotem utworzą ludzką postać psotnego Mikołajka.

Miejscowi Słowianie wiedzieli o tym dobrze i nie zrywali mikołajkowych roślin. Ale jednemu z greckich kupców tak spodobała się kępka twardych - jakby wyrzeźbionych - listków z kopułką błękitnych kwiatków pośrodku, że zerwał ją aby zabrać do słonecznej Grecji.

I tak Mikołajek pozostał na zawsze w roślinnym wcieleniu.

autor: Wrzesław Mechło www.proprzewodnik.xt.pl



Ziele życia Powrót



Książę Lucimierz był władcą plemion Wieletów zwanych też Lucicami, co oznaczało wilki lub inne wilkołaki. Jego spokojny lud mieszkał wśród nieprzebytych puszcz, pełnych bagien, jezior i rzek. Lucice karczowali lasy na pola uprawne, wypasali krowy i trzodę, łowili ryby, a czasem również ptactwo. Jednak nigdy nie podnieśli ręki na wilki wierząc, że to od nich wywodzi się całe plemię, a król wilków jest również ich królem.

Czas mijał. Wszystko toczyło się w rytmie pór roku, których strzegli pogańscy bogowie. Z wiosenną mgłą i burzą przybywała Pani Wody. W jej mglistych szatach znikały śniegi i topił się lód na jeziorach. Z mokrej ziemi wychodziły młode, zielone zioła. Mijały dni i noce. Ludzie orali pola i siali zboże. Kolejne młode kobiety rodziły dzieci, pogodzeni z mądrością natury pogodnie umierali staruszkowie. Lato rozpoczynała cudowna noc Kupały pełna wróżb i miłosnych zauroczeń. Następnie władzę przejmował pełen wigoru bóg Jaryło, obdarzając płodnością rośliny, zwierzęta i ludzi. Żniwa kończyły radosne święta plonów i już owocowała jesień, obdarzając wszystkich mieszkańców całą gamą owoców i kolorów. Gdy złoty deszcz liści pokrył szczelnym kobiercem puszczańską ziemię, wszyscy gromadzili się, aby ucztować z Dziadami – duchami przodków. Bo wiedzieli dobrze, że spalone ciało daje swoje prochy ziemi, z której powstało i tak nieustannie bierze udział w nowym życiu kolejnych cyklów przyrody. A dusza? Ta wędruje jak dym, gdzieś daleko nad puste pola, nad płowe ścierniska, w najgęstsze puszczańskie ostępy. Ale wraca na wspólną ucztę, gdy się o niej myśli i ją o to prosi. Bo zmarły żyje wśród żywych dopóki żyje wśród nich myśl o nim i wspomnienie o jego bytności. Książę wiedział to wszystko, jednak nie chciał się pogodzić z nieuchronnością śmierci, która kończy każde życie. Pytał wróżbitów, czy jest sposób, aby żyć wiecznie i być wciąż młodym, ale oni uśmiechali się tylko i przecząco kręcili głowami.

Pewnego razu książę Lucimierz wyruszył na łowy. Tropił wielkiego tura – władcę kniei. Na świetlistej, śródleśnej łące napotkał starą zielarkę, znaną znachorkę całej okolicy. Zapytał ją więc o zioła, które przywracają młodość i zapewniają nieśmiertelność. Ta popatrzyła na niego swoimi oczami wytrawionymi dymem ziołowego suszu i powiedziała:

- W ziołach jest wszystko i zioła są na wszystko.

- Ale mnie nie interesują wszystkie zioła, tylko to jedno! – wykrzyknął książę zniecierpliwiony.

-Jest. Jest takie ziele, w którego kwiecie zaklęta jest moc wiecznego życia. Ale to moc zła! Niedobra dla człowieka! Wszystkie zwierzęta swoją mądrością natury omijają je z daleka i nigdy, przenigdy nie jedzą.

- A widziałaś je? Jak wygląda?

- O, rozpoznasz je na pewno, bo będzie ciebie kusić i zniewalać, jak najpiękniejsza kobieta! Będzie ciebie przyciągać i odpychać jednocześnie! Jego sok wyssie z ciebie wszystko co ludzkie, zniszczy w tobie prawdę, dobro i piękno, ale przywróci młodość i zostawi ci życie na zawsze! Strzeż się tego ziela. Nie szukaj go! Bo widzę w twoich oczach, że nie ty je posiądziesz, ale ono posiądzie ciebie! I uważaj na wilczego króla, przyjaciela bogini Śmiertnicy. On też daje życie wieczne, ale w zupełnie inny sposób!

- Mów jak wygląda to ziele starucho! – książę znowu podniósł głos. – I o co chodzi z tym wilczym królem?! Mów, bo zabiję!

Ale przygarbiona latami zielarka zupełnie bez trwogi, ale bardzo smutno spojrzała na księcia, zarzuciła wiązkę ziół na plecy, odwróciła się i zniknęła w leśnych chaszczach. Rozsierdzony książę ruszył dalej. Postanowił, że nie spocznie, dopóki nie odnajdzie ziela, które zapewni mu wieczne życie. Przedarłszy się przez chaszcze malin i jerzyn wyjechał na rozległą łąkę. Upał doskwierał niemiłosiernie. Stale mu się wydawało, że z leśnej gęstwiny śledzi go para ślepiów. Czyżby wilczego króla? Nie, to niemożliwe. Ale przecież czuje ten przenikliwy wzrok! I koń prycha, rozglądając się nerwowo na boki. Wtem książę ujrzał krzew obsypany płomieniami. Przetarł oczy ze zdumienia. Jednak to nie było złudzenie! Maleńkie, wydłużone listki krzewu płonęły żywym ogniem, ale się nie spalały!

- To musi być to ziele! – wykrzyknął uradowany książę i popędził swojego rumaka w kierunku przedziwnego gorejącego krzewu. Ale już po chwili koń zaparł się i nie chciał iść dalej. Wtedy książę zeskoczył i ruszył piechotą przez grząską, podmokłą łąkę ku upragnionej roślinie. Jednak gdy doszedł do krzewu bardzo się rozczarował. Bo był to krzew niższy od niego i podobny do tych, jakie widywał już niejednokrotnie na podmokłych łąkach, Ale dlaczego płonął, tego książę nie potrafił zrozumieć. Przyglądał się lepkim gałązkom i pąkom pokrytym nieprzeliczonymi złocistymi kropeczkami żywicy oraz drobnym listkom wypełnionym od spodu gęstymi jak filc włoskami i nie mógł uwierzyć, że przed chwilą ten krzew płonął. Zerwał gałązkę. Przyjemny zapach coraz bardziej omamiał jego zmysły i rozganiał złe myśli. Zapadając się po kolana w łąkowym trzęsawisku książę Lucimierz wrócił do konia i prowadząc go za uzdę począł przedzierać się przez kolejne leśne ostępy. A wciąż czuł na sobie przenikliwy wzrok. Jednak w gęstwinie nie mógł niczego dostrzec. Wkrótce dotarł do zwartych zarośli wielkich paproci, których rozłożyste zielone liście kładły się szerokimi wachlarzami na ścieżynkę. A zaczepiając przy każdym kroku zmęczone nogi konia i człowieka niemiłosiernie utrudniały wędrówkę. Słońce obniżyło już swoją ognistą kulę i przebijało jasnymi promieniami korony starych sosen, gdy książę ujrzał wyjątkowy, złocisto-rudy kwiat, sterczący wśród zielonych paproci.

- To on! To musi być kwiat ziela wiecznego życia! – krzyczał książę, wielkimi susami zmierzając do upragnionej rośliny. Widział w słonecznych promieniach jego zadziwiający kształt i poszarpany kielich nakrapiany setkami maleńkich, ciemnych punktów. Rozgarniając gęste paprocie książę dotarł do swojego wypatrzonego kwiatu i znieruchomiał. Tuż obok niego, w jasnej plamie słońca leżała zwinięta , gotowa do ataku żmija, z wyraźnym zygzakiem na grzbiecie! Książę odsunął się nieco, a żmija sprawnie zsunęła się ze swojego ciepłego legowiska i schroniła wśród gęstych ziół poszycia. Wtedy książę Lucimierz ujął w dłoń swój wymarzony kwiat i pełen radości wyrecytował:

- To kwiat paproci! Tak, to musi być kwiat paproci, bo wyrasta z zielonego paprociowego liścia! Kwiat, który daje bogactwo, o czym prawią różni wróże i poeci. Ale nikt mi nie wspominał, że daje życie wieczne. A ja przecież nie szukam bogactwa, tylko wieczności, więc po co mi on? I w ogóle coś mi się nie zgadza! Kwiat paproci ma kwitnąć w noc Kupały, a teraz jest już czas kwitnienia lip. I jeszcze tam widać drugi i trzeci podobny kwiat! O, i jeszcze dwa, i kolejny. E, to chyba jakieś leśne nimfy bawią się mną!

Zrezygnowany i rozeźlony poszukiwacz przedarł się przez gęste paprocie z powrotem do wiernego rumaka i ruszył w dalszą drogę. A wciąż miał wrażenie, że ktoś pilnie go obserwuje. Koń również zdradzał oznaki zdenerwowania. Książę mijał kolejne leśne uroczyska i dzikie ostępy, ale nigdzie nie mógł natrafić na ziele wiecznego życia. A przecież wiedział, że jest już bardzo blisko! Zapadał zmierzch. Koń nerwowo parskał rozwartymi chrapami, spoglądając w zwarte zarośla, wśród których czaiła się para bystrych oczu. Czyżby króla wilków? Zmęczony całodzienną wędrówką książę Lucimierz wymościł sobie posłanie pod starym dębem i zasnął . Senne mary otworzyły przed nim wrota wiodące z lasu do zupełnie innego świata. Najpierw książę płynął maleńką łódeczką przez rzekę bez początku i końca. Jej zielone wody były pełne ryb i różnych dziwnych stworów: rusałek i zielenic, nimf wodnych i topielic, wodników, wężoraków, rybozwierzów i żmirłaczy. A wszystkie one szydziły z księcia, chichocząc i drwiąco szepcząc:

- Patrzcie, patrzcie! Oto ten śmiałek, który szuka ziela wiecznego życia! Hi, hi hi! Ha, ha ha! He, he, he, heee! – ich głos rozchodził się po wodzie na wszystkie strony i powtarzał gasnącym echem. Wtem książę ujrzał maleńką wyspę, do której jego łódź nieuchronnie się zbliżała, a wyspa rozrastała się do monstrualnych rozmiarów. Drzewa na wyspie były trzy razy większe niż w zwyczajnym lesie. Wśród drzew jaśniała okrągła trawiasta polana. A na jej środku, z wianuszka pięknych równiuteńkich liści wyrastał wspaniały, barwny kwiat przecudnej urody, którego płatki lśniły i opalizowały wszystkimi kolorami tęczy. Kwiat ten jednocześnie przyciągał i odpychał z ogromną siłą, wabił i przerażał jakąś dziwną aurą, którą roztaczał wokół! Nie bacząc na niebezpieczeństwo książę Lucimierz podbiegł do wymarzonej rośliny i ujął ją w dłonie. Ziele wiecznego życia należało do niego, tylko do niego! Czuł, jak wypełnia go swoją mocą! I książę zaczął żyć wiecznie. I był wiecznie młody. Na początku wydawało mu się to prawdziwym szczęściem. Ale wkrótce zmarli jego rodzice, poumierali jego bracia i siostry, śmierć zabierała jego kolejne żony i dzieci, a on się nie zmieniał. Nie pozostał przy życiu nikt z jego dawnych przyjaciół. Nikt go nie rozumiał. A on również coraz mniej rozumiał otaczających go ludzi, którzy nie chcieli słuchać jego mądrych rad i wskazówek, tylko wciąż powtarzali te same życiowe błędy. Książę Lucimierz całkowicie odsunął się od ludzi, którzy denerwowali go swoją bezmyślnością. Zamknięty w swojej przepysznie urządzonej komnacie nie rozmawiał już z nikim, tylko z sobą samym. A im dłużej trwało to jego wieczne życie, tym był bardziej nieszczęśliwy. Wciąż był młody i piękny, ale jego umysł zdawał się być stary i zmęczony. Wreszcie książę postanowił zakończyć swoje życie. I wyruszył na poszukiwanie ziela, które sprowadza śmierć. W ogromnym lesie spotkał boginię Śmiertnicę, która powiedziała księciu o wszystkich ziołach niosących śmierć. Jednak nie potrafiła powiedzieć czy któreś z nich jest silniejsze od ziela wiecznego życia. Tego nie wiedziała. Nad strumieniem dojrzał książę kwitnące baldachy cykuty na grubych łodygach. Najadł się ich, ale tylko szalał i kręcił się w kółko przez cały dzień. I żył nadal. Następnego dnia zebrał dwie garście czerwonych wilczych jagód, ale zamiast umrzeć, tylko nabawił się niestrawności. Wreszcie trafił na zagajnik zielonych cisów, których igły przez cały dzień rozcierał kamieniami na miazgę, aż napełnił cisowym sokiem pokaźny drewniany kubek. Cały trujący sok wypił jednym haustem i…, i…, to niemożliwe! Coś chwyciło go za szyję tak mocno, że się obudził! Brakowało mu tchu, gdy z przerażeniem ujrzał łeb potężnego wilka, który silnymi szczękami ściskał szyję księcia. To jest on! To nasz praprzodek! Wspaniały, okrutny wilczy król – przemknęło księciu przez myśl zanim ogarnęła go zupełna ciemność, a później świetlista jasność drogi na tamten świat.

Wilki rozszarpały ciało księcia na strzępy. A co zostało, to stało się pożywieniem borsuków i lisów, resztę wydziobały gawrony i kruki, a kości, aż do białości oczyściły mrówki. Później porosły je różne mchy, a niezliczone mikroskopijne ziemne stworki wymieszały z ziemią kościane resztki, dając pożywkę dla grzybów i roślin. Tak książę doznawał wiecznego życia jako cząstka przyrody. Dzięki królowi wilków zapewnił sobie inne życie wieczne. Bo przecież do dzisiaj żyje w dostojnych drzewach i uroczych kwiatach, wspaniałych ziołach oraz bujnych trawach. I będzie w nich trwał zawsze, nawet jeżeli o tym nie wie.

autor: Wrzesław Mechło www.proprzewodnik.xt.pl